zwycięski blog w projekcie Szkoła z poezją 2012

projekty

wtorek, 14 czerwca 2016

22 kwietnia 2016 roku sala 22 zmieniła się w młodopolską kawiarnię. Projekt został przygotowany przez klasę 2a pod opieką pani Doroty Żytkiewicz i służył podsumowaniu wiadomości z epoki.

Oprócz krakowskiej awangardy w kawiarence pojawili się również chłopi.



„Sami swoi polska szopa. I ja z chłopa i wy z chłopa” /Ksiądz w „Weselu” Wyspiańskiego/.

 

Młodopolscy poeci nie mogli się nadziwić osobliwym tradycjom i gwarze chłopskiej.

„Miałem kiedyś przyjaciół - może i nie miałem”.

 

Goście kawiarni mieli okazję do obejrzenia kilku krótkich scenek z życia chłopstwa,

a także do posłuchania monologu młodopolskiej famme fatale.



Jo tom w miście pirwszy ros” /Panna Młoda w „Weselu” Wyspiańskiego/.

 

„W umarłych bytów milczeniu głębokiem,

słychać jedynie Amen, moje straszne Amen.

O Boże miłosierny (…)” /„Dies irae” Jana Kasprowicza/.



„Tyś gospodarska córka z dziada pradziada nie żadne miejske pomietło”                    /„Chłopi” Władysława Reymonta/.

 



Dagny Przybyszewska o sobie: „U mnie w życiu nie ma nudy”.

 

 Nie zabrakło również cytatów z utworów modernistycznych.

Młodopolskie stowarzyszenie dekadentów: „Krążenie ludzi koło siebie jest podobne do krążenia koło siebie gwiazd - jest równie samotne i równie związane” /Kazimierz Przerwa-Tetmajer/.

 

Dagny i Stanisław Przybyszewscy: „Mówią o nas, że jesteśmy centralnymi postaciami światka krakowskiej bohemy".







 





 







sobota, 09 kwietnia 2016

Na to wydarzenie czekaliśmy od kilku tygodni. Wcześniej, podczas lekcji języka polskiego, nasi koledzy – Nataniel Gołąb i Bartosz Kaźmierczak – wykazali się najlepszą w klasie znajomością „Lalki” Bolesława Prusa i mieli nas reprezentować podczas finałowego turnieju w Liceum Ogólnokształcącym nr X. Zmagania finałowe odbyły się 7 marca w auli Dziesiątki przed dużo szerszą publicznością, bo nie tylko uczniów LO IV, ale i LO X. Przybyliśmy tam przed czasem, rozsiedliśmy się i czekaliśmy z niecierpliwością na rozpoczęcie wydarzenia. Zanim jednak ostatnie przygotowania dobiegły końca, nasza uwaga skupiła się na osobach przebranych w stroje z epoki. Ósemka licealistów, w tym dwie uczennice z klasy 2c, przebrała się za postaci występujące w powieści Bolesława Prusa. Magda Drozd jako Izabela Łęcka wraz z ojcem, czyli Aleksandrą Bem, pozowały do zdjęć, które chętnie robili im koledzy. Dziewczyny pozowały na tle z logami najlepszych i najdroższych światowych marek – miały przedsmak spaceru po czerwonym dywanie. Na mnie największe wrażenie zrobił strój Magdy, która miała na głowie piękny kapelusz, a na ramieniu futro. Wyglądała jak prawdziwa dama! Pożałowałam, że nie potrafiłam się przebrać. Niestety, w mojej szafie brakuje garderoby, która umożliwiłaby ciekawą stylizację... A może po prostu zabrakło mi wyobraźni?

Ale powróćmy do turnieju. Otóż w konkursie brało udział sześć osób, w tym czwórka uczniów naszej szkoły. Od początku byliśmy pewni zwycięstwa któregoś z klasowych kolegów. Dzięki dokładnemu omówieniu lektury na lekcjach polskiego byli przecież świetnie przygotowani.

Na samym początku zmagań zostały nam objaśnione ich zasady. Uczestnicy siedzieli z przodu, a po lewej stronie stała tablica, na której zapisywano punkty. Rozgrywkę prowadziła pani Alicja Badowska – organizatorka wydarzenia. Pierwsza konkurencja polegała na tym, iż każdy z uczestników miał odpowiedzieć na pytanie dotyczące konkretnego fragmentu „Lalki” odczytywanego przez kolegów i koleżanki z klasy 2e. Uczestnicy odpowiadali do mikrofonu, co stwarzało prawdziwie teleturniejową atmosferę. Gdy nie znali oni odpowiedzi, mieli możliwość otrzymania pomocy od swojej klasy. Niestety, ku naszemu rozczarowaniu, reprezentanci 2c nie otrzymali punktów. Jednak później sprawy potoczyły się lepiej. Zawodnicy szli niemal łeb w łeb, odpowiadając na większość pytań w pełni poprawnie. Jedno z ostatnich zadań w pierwszym etapie turnieju (do drugiego mogła przejść tylko trójka najlepszych) dotyczyło piosenki Jacka Kaczmarskiego pt. „Lalka, czyli polski pozytywizm”, którą wykonał zespół uczniów Liceum nr IV, z liderem Jakubem Żołyńskim na czele. Chłopak cieszy się w szkole dużą popularnością. Podczas jego występu dało się usłyszeć liczne pozytywne komentarze. „Wspaniałe wykonanie!” - wykrzyknęła jedna z koleżanek. Kuba jest wszechstronnie uzdolniony, niejednokrotnie słyszałam na przerwach w szkole zachwyty młodszych uczennic pod jego adresem. Jedna z pierwszoklasistek chwaliła się nawet swoim koleżankom, że… udało jej się poznać Jakuba.

Ale dajmy spokój Jakubowi i wróćmy do turnieju, bo z zaśpiewanym tekstem było związane ciekawe zadanie. Każdy z uczestników musiał zinterpretować wyróżniony fragment piosenki, to jest wskazać powieściowe wydarzenia, do których odnoszą się dane słowa z utworu Kaczmarskiego. Konkurencja wydawała się prosta, jednak za plecami słyszałam szepty i pytania rozmawiających między sobą uczniów. Chcieli pomóc  kolegom, ale nie bardzo wiedzieli jak. Ja sama głowiłam się, czego może dotyczyć kwestia:

Polacy żyją z Bożej łaski

Piastując myśli niedzisiejsze.

W szaradzie ułożonej żartem

Pogodnych wróżb nie widać wiele.

Ostatnim zadaniem w tej części konkursu było rozpoznanie rekwizytów „grających” w powieści Prusa, a przedstawionych na dużych, kolorowych rysunkach. Jeden z nich, obrazek ukazujący lokomotywę, wzbudził małe zamieszanie, ponieważ parowóz pojawia się zarówno jako zabawka, którą bawi się Rzecki, aranżując sklepową wystawę, jak również ciągnie prawdziwy pociąg, którym jechał Wokulski. Bartosz trafnie wskazał jedną z ról lokomotywy w „Lalce”, natomiast Natan rozpoznał tańczącą parę.

Przerwa, podliczenie punktów i okazało się, że wśród trójki uczestników, którzy zakwalifikowali się do finału, znalazł się Bartosz, przedstawiciel naszej klasy.
Kolejny etap nieco różnił się od poprzedniego. Między innymi oglądaliśmy sceny z filmu nakręconego na podstawie powieści Prusa, w którym trójka finalistów musiała wskazać momenty zmienione lub dodane przez scenarzystę. Inne zadanie polegało na dopasowaniu postaci z „Lalki” przedstawionych na obrazach do opisujących je fragmentów utworu. Zawodnicy musieli być świetnie przygotowani, ponieważ do tego zadania potrzebna była niemała wiedza o bohaterach.

Konkurs zakończył się remisem. Pierwsze miejsce zajęli wspólnie: Bartosz z klasy 2c oraz Julia, uczennica Liceum Ogólnokształcącego nr X. Byliśmy bardzo dumni z wyniku, gdyż od początku trzymaliśmy kciuki za naszego kolegę! Nagroda dla zwycięzców to książka „Lalki” autorstwa pani Badowskiej, ze specjalną dedykacją, gratulacje oraz celująca ocena z języka polskiego za udział w konkursie. Wydaje się, że nagroda skromna, jednak od samego zwycięzcy usłyszałam pozytywny komentarz na jej temat. „Ta ocena z polskiego bardzo mi się przyda” - wyznał zadowolony finalista. Szczerze gratulowaliśmy Bartkowi.

Warto było uczestniczyć w tym wydarzeniu. Zawodnicy dostarczyli nam wielu emocji. Konkurencje były bardzo ciekawe, więc myślę, że niejeden
z uczniów uzupełnił swoją wiedzę na temat treści „Lalki”. Ja także zwróciłam uwagę na epizody, których wcześniej nie zauważyłam. Był to między innymi sen Izabeli, którego znajomością popisał się w pierwszym etapie konkursu Nataniel. Mam nadzieję, że to nie ostatni taki turniej! Przed nami jeszcze sporo lektur do omówienia, więc może byłaby szansa dla innych na wykazanie się wiedzą.

Tekst - Agnieszka Sobolewska z 2c

Zdjęcia - Kamila Rezner z 2b w LO nr X, Joanna Karolczuk z 2c w LO nr IV





Ósemka licealistów przebrała się za postaci występujące w powieści Bolesława Prusa.



Wyglądała jak prawdziwa dama!

Uczestnicy siedzieli z przodu, a po lewej stronie stała tablica, na której zapisywano punkty.

W konkursie brało udział sześć osób, w tym czwórka uczniów naszej szkoły.

Chłopak cieszy się w szkole dużą popularnością.

Wśród trójki uczestników, którzy zakwalifikowali się do finału, znalazł się Bartosz, przedstawiciel naszej klasy.

Pierwsze miejsce zajęli wspólnie: Bartosz z klasy 2c oraz Julia, uczennica Liceum Ogólnokształcącego nr X.


 

 



niedziela, 29 listopada 2015

W ramach tegorocznej wymiany  z hiszpańską szkołą,  Institut Pons d’Icart w Tarragonie, sześcioro uczniów z klasy II B zrealizowało projekt edukacyjny Miejsca, które mówią… Zadaniem uczestników było sporządzenie dokumentacji fotograficznej oraz opis wybranego miejsca w Hiszpanii. Szczegółowe informacje o projekcie na stronie: http://lo4.wroc.pl/projekt-edykacyjny-miejsca-ktore-mowia/ 


SZPITAL ŚW. PAWŁA

Miejscem, którego nigdy nie zapomnę i które wywarło na mnie niesamowite wrażenie, jest Szpital św. Krzysztofa i św. Pawła, a właściwie Szpital św. Pawła (L’Hospital de la Santa Creu i Sant Pau). Jest to zespół budynków zaprojektowanych przez Lluisa Domènecha i Montanera, przedstawicieli katalońskiej secesji. W 1401 roku połączono sześć szpitali i nadano im nazwę Szpital św. Krzyża. W XIX wieku rozwój miasta i postępy w medycynie wymusiły rozbudowę kompleksu, dzięki dofinansowaniu przez bankowca Pau Gila rozbudowę ukończono w 1930 roku. Na prośbę sponsora dodano do nazwy imię jego patrona - Pau. Od tej pory oficjalna nazwa  obiektu to Szpital św. Krzyża i św. Pawła.

Cały kompleks, składający się z budynku administracji i 27 pawilonów połączonych podziemnymi korytarzami w celu ułatwienia transportu chorych, został ozdobiony licznymi wieżyczkami, kopułami oraz bogatą dekoracją rzeźbiarską. Każdy pawilon jest inny. Całość kompleksu od miasta odgradza czarne rzeźbione ogrodzenie, które raz po raz przedziela wieżyczka z ozdobnymi figurkami. Budynki otacza przestrzeń, którą można nazwać ogrodem. Są tam ławki i ciekawe odmiany roślin, m.in. palmy i mandarynki. Przed głównym wejściem znajduje się miniatura szpitala w formie planu dla niewidomych turystów.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od budynku administracji, do którego prowadziły szerokie schody. W holu moją uwagę przykuł witraż w niebiesko-pomarańczowo-żółtych barwach. Po obu stronach holu znajdowały się biblioteki i sekretariat. W wydzielonej części kompleksu znajduje się także kaplica. Wnętrza każdej z części tego niesamowitego obiektu dopracowano do perfekcji, tak, aby w pełni odpowiadały potrzebom chorych, którzy tam byli leczeni.

Przykładem niech będzie sala operacyjna, którą mogliśmy zwiedzić. Kolorystyka pomieszczenia jest dość zimna, przeważa kolor zielony w różnych odcieniach. Na ścianach wiszą szare kurtyny, których zadaniem było oddzielenie pacjentów od siebie. Sufit wykonany został z zielonych błyszczących płytek, co daje ciekawy efekt. Na jednej ze ścian w centralnym punkcie wisi wielka czarno-biała fotografia, przedstawiająca autentyczny wygląd tego oddziału w dawnych czasach.

Nie wszystko mogliśmy zobaczyć, ale to, co widzieliśmy, zafascynowało mnie. Oryginalność i rozmach tego zabytku wywarły na mnie ogromne wrażenie. Klimat tego szczególnego obiektu uświadomił mi sens potrzeby inwestowania w miejsca, w których niesie się pomoc ludziom i ratuje im życie.

W mojej pamięci na długo pozostanie hologram na ścianie podziemnego tunelu, przedstawiający transport chorego! Oto siła medycyny, techniki i kultury w jednym!

                                                                  Tekst - Kamila Galert z II B

 

PALAU GUELL

Podróż do Hiszpanii była dla mnie czymś zupełnie nowym. Włączenie się w inną kulturę, krajobraz i mentalność pozwoliły na to, bym pod innym kątem spojrzała na wszystkie otaczające mnie rzeczy. Po zwiedzeniu i obejrzeniu kilku muzeów, katedry i innych zabytkowych barcelońskich atrakcji jedno miejsce szczególnie utkwiło mi w pamięci i sprowokowało mnie do refleksji. Jest to Park Guell, czyli duży ogród z elementami architektonicznymi w Barcelonie. Został zaprojektowany przez katalońskiego architekta Antonio Gaudiego na życzenie jego przyjaciela Eusebio Guella. Powstawał w latach 1900-1914. Najciekawszymi elementami parku są brama wejściowa z przyległymi do niej dwoma pawilonami, schody wejściowe z trzema wysepkami – pierwsza ma formę groty, druga węża na tle katalońskiej flagi (symbol mądrości), a trzecia salamandry (symbol Plutona),  Sala Kolumnowa, taras oraz dom - Palau Guell.

Największe wrażenie zrobił na mnie jego dach z przepięknymi kominami, które są mieszanką różnych stylów, niektóre z nich są ułożone mozaiką trencadis (kawałki potłuczonych płytek). Widok z dachu jest przepiękny, szczególnie podczas zachodu słońca. Gdy patrzy się z jednej strony, widać bogactwo i atrakcyjność miasta, jakim jest Barcelona, natomiast patrząc na drugą stronę, widzimy slumsy, dość abstrakcyjny widok z tak zamożnego domu. Właśnie ten krajobraz zapadł mi w pamięć - przepaść, jaką widać pomiędzy tymi dwoma wymiarami życia.

W mojej głowie kotłowały się myśli, wywołujące skrajne emocje, na przykład odrazę oraz zachwyt. Te silne kontrasty (z jednej strony złocenia, szalone kolory, luksus, z drugiej szare, brudne i obdrapane mury) sprawiły, że zaczęłam myśleć o życiu biednych i bogatych, sytych i głodnych, Europejczyków i uchodźców… Te widoki spowodowały też, że zaczęłam je odnosić do codziennych życiowych doświadczeń, np. doszłam do wniosku, że piękno wywołuje przyjemność, a brzydota smutek. Ale świat składa się przecież z obydwu tych aspektów.

Widok z dachu - coś tak błahego… A jednak pozwolił mi pomyśleć o ludzkiej codzienności, o życiu. Okazuje się, że czasem warto zwrócić uwagę na detale i zobaczyć coś więcej niż tylko piękną fasadę pałacu.

Tekst - Karolina Kulesza z II B

 

PILON’S STREET

Pilon’s Street to z pozoru jedna z wielu zwykłych ulic Tarragony. A jednak skrywa ona w sobie niespodziankę. Znajduje się w  starej części tego starożytnego miasta, ale jest arcynowoczesna. Moim zdaniem wyróżnia się najbardziej na tle innych ulic i uliczek. Dla wielu zwiedzających może stanowić spore zaskoczenie. Pilon’s Street charakteryzują różne kolorowe pylony (niewielkie słupki), rozmieszczone regularnie po dwóch stronach ulicy.

Pierwotnie miały zapobiegać parkowaniu aut, ale z czasem mieszkańcy ulicy postanowili nadać uroku swojej dzielnicy, ozdabiając każdy pylon charakterystycznym wzorem. Od tego czasu pylony nie tylko spełniają swoją podstawową funkcję, ale także nadają ulicy niepowtarzalny charakter. Mieszkańcy tej niezwykłej ulicy posiadają swoje własne pylony, które mogą udekorować wedle uznania, lecz większość stanowią wzory nawiązujące do tradycji i symboli lokalnej kultury (np. obraz słynnej tu Human Tower). Świadczy to o silnej więzi tarragończyków z ich miejscem zamieszkania i przywiązaniu do lokalnych tradycji. Budzi to mój podziw.

Każde z tych niezwykłych dzieł sztuki opowiadało mi inną historię, wyrażając się w formie oryginalnej kolorowej grafiki. Niesamowite jest to, że pylony nie są tworzone przez profesjonalnych  malarzy, ale przez zwykłych ludzi, wykonujących na co dzień różne zawody, niezwiązane ze sztuką. Pilon’s Street, oprócz przekazywania konkretnych treści widzom, mówią dodatkowo coś więcej. Mianowicie to, że każdy z nas, przy odrobinie zaangażowania i kreatywności, może stać się choć na chwilę artystą.

Pilon’s Street nie bez powodu jest jedną z najczęściej fotografowanych ulic w Tarragonie – nie sposób oprzeć się jej urokowi. Inicjatywa mieszkańców tchnęła w niegdyś brudną i szarą ulicę nowe życie. Takie niebanalne rozwiązania jak „street art” czynią codzienność piękną i niepowtarzalną, dlatego uważam, że powinno być ich coraz więcej. Kreatywność mieszkańców sprawiła, że Pilon’s Street stała się obowiązkowym punktem na mapie turysty zwiedzającego Tarragonę. Jeśli miałabym okazję, to na pewno wróciłabym w to miejsce nacieszyć oko nowymi dziełami tarragończyków.

Tekst - Martyna Kamińska z II B

 

PLAŻE TARRAGONY

Tarragońskie wybrzeże dla mnie jest czymś niezwykłym, mającym wiele do powiedzenia zwykłym ludziom, którzy nie spodziewając się jego piękna, przychodzą nań pełni zachwytu i zaskoczenia.

Wraz z grupą uczniów z hiszpańskiej szkoły udaliśmy się na ich  tradycyjny coroczny spacer, którego trasa wiedzie przez siedem plaż na Costa Brava. Nie spodziewając się niczego specjalnego (mimo iż kocham morskie pejzaże), wszedłem na pozornie zwyczajną plażę. Plaża była piękna, szeroka i równa, z regularnie pofałdowanym piaskiem i delikatnie szumiącymi falami cieplejszej od powietrza - jak się okazało - wody. Niebo tego dnia było czyste niczym szkło laboratoryjne. Jedynie subtelne cirrusy przysłaniały słońce, które delikatnie się przebijało, dodając jeszcze więcej uroku wybrzeżu.

Po krótkiej wędrówce piach zaczął ustępować skałom. Weszliśmy na kamienne podwyższenie, które było jakby narożnikiem większej powierzchni. Już wtedy wiedziałem, że skrywa się za nim coś niezwykłego, niebanalnego, coś, czego nie można spostrzec na pierwszy rzut oka z poziomu plaży. Bo cóż to by była za niezwykłość dostępna dla wszystkich? Wszedłem więc na ten skalny postument, ciekawy tego, co zaraz zobaczę. I oto ujrzałem ogromne fale, roztrzaskujące się o krawędzie przepięknego kremowego piaskowca, wysokiego na 20 metrów, urwanego jakby piorunem rozwścieczonego Zeusa. Pionowo w dół zdobiły go liczne wyżłobienia, pokryte brunatnozielonymi porostami, co czyniło go jeszcze piękniejszym.

Gdy to dostrzegłem, słońce zaczęło mocno świecić, jakby sugerując mi odpowiedź na pytanie, które miejsce najbardziej przemówiło do mnie w tej bajecznej krainie Cervantesa i Gaudiego. Owiany przyjemną morską bryzą muskającą skórę, otworzyłem oczy niemal tak szeroko jak usta, z których wydobyło się bezmyślnie ,,jaaaaaaa”.

Do dziś pamiętam każdy szczegół: kolor, cień, listek z tamtej skały - skały niezwyczajnej, bo pierwszej w moim życiu, która wprawiła mnie w zachwyt i naprawdę do mnie przemówiła...

Tekst - Mikołaj Żelazny z II B

 

SAGRADA FAMILIA

Pobyt w Hiszpanii umożliwił mi chwilowe zapomnienie o polskiej rzeczywistości i codziennych problemach. Tak odległa podróż i poznanie nowej kultury pomogły mi przemyśleć wiele spraw. Zwiedziliśmy różne ciekawe miejsca, lecz jedno szczególnie przykuło moją uwagę.

Sagrada Familia jest secesyjną świątynią rzymskokatolicką, zaprojektowaną przez Antoniego Gaudiego. Jest ona wciąż niewykończona, a jednak znajduje się na światowej liście dziedzictwa kulturowego UNESCO i stanowi symbol Barcelony. Jej budowa trwa już przeszło 100 lat! Została zapoczątkowana w 1882 roku i ciągnie się do dzisiaj. Planowane ukończenie ma nastąpić w 2026 roku (!) Po ukończeniu budowy Sagrada Familia stanie się najprawdopodobniej najwyższym kościołem na świecie.

Wszystkie elementy architektoniczne budowli, od fasady aż po liczbę wież, mają znaczenie symboliczne i swoje uzasadnienie w Biblii. Trzy fasady budynku przedstawiają życie Jezusa. Wschodnia, znajdująca się przy ulicy Carrer de Marina, poświęcona została narodzeniu i dzieciństwu Chrystusa. Mieszczą się tam trzy portale, symbolizujące wiarę, nadzieję i miłość. Zachodnia, od strony Carrer de Sardenya, przedstawia mękę Pańską. Zdobienia tej części kościoła zostały zaprojektowane po śmierci Gaudiego i wśród niektórych krytyków architektury budzą kontrowersje z powodu brutalnego i naturalistycznego sposobu przedstawienia bólu i agonii Chrystusa. Południowa, nazywana Fasadą Chwały, ukazuje dzieje Jezusa po zmartwychwstaniu. To tu, po ukończeniu budowy, ma się znajdować główne wejście. Cała budowla urzeka szczegółami, wykonanymi z niespotykaną precyzją. Jej monumentalność wywołuje niesamowite emocje. Można odnieść wrażenie, że wyłania się bezpośrednio z ziemi, tworząc widok zapierający dech w piersiach. Nie trzeba wchodzić do środka, żeby poczuć magiczną atmosferę tego wyjątkowego kościoła.

Wybrałam ten zabytek, będący popisem talentu i kunsztu artysty, ponieważ dla mnie bez wątpienia jest wizytówką nie tylko miasta, ale i całego kraju. Ciężko mi było oderwać od niego wzrok. Gdy podziwiałam go z zewnątrz, wydawało mi się, że przez chwilę znalazłam się w zupełnie innej rzeczywistości. Pomyślałam o tym, co dla człowieka jest naprawdę istotne. Ludzie często nie potrafią się zatrzymać, spieszą się nie wiadomo gdzie i po co. Ja pozwoliłam sobie na przemyślenie kilku spraw i odkryłam, że liczy się jakość, a nie ilość. Ważne jest to, kim jesteśmy i co pozostawiamy po sobie.

Poruszył mnie też fakt, że świątynia jest efektem pracy kilku pokoleń, zapoczątkowanym zaledwie przez jednego wielkiego architekta - Gaudiego. Zaskoczyła mnie interesująca forma kościoła, kojarząca się z bryłą ulepioną z gliny. Aż ciężko uwierzyć, że człowiek potrafił stworzyć coś, co tak ściśle współgra z naturą. Podobne widoki, które jednak były dziełem przyrody (powstały wskutek erozji), a nie człowieka, poznałam tylko w Kapadocji.

                                                         Tekst - Weronika Derecka z II B

 

PORT W BARCELONIE

Port w Barcelonie to największy port w Katalonii, trzeci pod względem wielkości w Hiszpanii oraz największy w Europie port wycieczkowy – jego powierzchnia wynosi ponad 10 km. Jest on podzielony na trzy części: Port Vell, Free Port i Port Olimpic. Ten ostatni wchodził w skład wioski olimpijskiej podczas Igrzysk w 1992 roku  (odbyły się tu np. zawody żeglarskie).

Posiada on także 10 terminali pasażerskich. Masz ochotę na zakupy? W takim razie jesteś w idealnym miejscu, centrum handlowe "Maremagnum" zaprasza. Wolisz kino? Żaden problem, kino także wchodzi w skład portu. Tak, to może robić wrażenie. Jednak widząc to miejsce po raz pierwszy, nie wiedziałam o nim zupełnie nic. Padło hasło: "idziemy do portu". Okej – pomyślałam –  miło będzie zobaczyć morze i odpocząć chwilę po zgiełku panującym na La Rambla. Ale do głowy mi nie przyszło, że to właśnie ten port będzie miejscem, które do mnie przemówi…

Pierwsze wrażenie? Jest naprawdę ogromny i od zgiełku tu raczej się nie odpocznie. Tłum ludzi – nic dziwnego, w końcu to Barcelona. W tamtej chwili jednak przestało mi to przeszkadzać.

Katalończycy to specyficzny naród. Można powiedzieć, że są przeciwieństwem Polaków. Posiadają bowiem niezbyt popularną w naszym kraju umiejętność: potrafią się cieszyć z życia. Z każdej małej rzeczy.

W pełni dotarło to do mnie właśnie w porcie. Barcelona to bardzo zróżnicowane kulturowo miasto, ale tym, co łączy wszystkich jej mieszkańców, jest radość. I ta radość udziela się innym. Tak trochę bez przyczyny zaczynamy czuć się dobrze. Znika stres, pojawia się relaks. Coś, co przed chwilą wydawało się nam trudne, teraz jest tylko ciekawym wyzwaniem. Zderzenie z tamtejszą kulturą sprawiło, iż zdałam sobie sprawę z tego, jak potrafimy sami sobie uprzykrzać życie. Martwimy się tym, co było, jest i będzie, tak naprawdę nie mając na nic wpływu. Marnujemy czas na kłótnie, często z osobami, na których zależy nam najbardziej. Ciągle gdzieś gonimy, choć mało kto zna odpowiedź dokąd. Żyjemy szybko, staramy się o jak największą ilość zer na koncie, nie dbając o to, co naprawdę wartościowe. Co z tego, że mamy piękną willę z basenem, skoro czasami nie znamy siebie nawzajem, a nawet sami siebie.

 Zatem co wybierasz? Ja już podjęłam decyzję. Dzięki za pomoc, Barcelono!

Tekst i zdjęcia - Joanna Jadaś z II B













Tagi
www.lo4.wroc.pl Tu podaj tekst alternatywny Tu podaj tekst alternatywny