zwycięski blog w projekcie Szkoła z poezją 2012

recenzje

czwartek, 29 czerwca 2017

            Niedawno w naszej szkole odbył się spektakl teatralny pt. „Treny” w reżyserii Stanisława Melskiego. Aktor i jednocześnie reżyser wraz z dwiema aktorkami podjął się przedstawienia trenów Jana Kochanowskiego w nietuzinkowy sposób.

            Spektakl rozpoczął się krótkim występem aktorki grającej zmarłą Orszulę. Następnie na scenę weszli kolejno Stanisław Melski, grający zrozpaczonego Jana Kochanowskiego, oraz Iwona Stankiewicz, przedstawiona jako żona, a w końcowej części przestawienia - zmarła matka Jana Kochanowskiego. Na początku Kochanowski cytuje swoje treny, podczas gdy jego żona, przerywając mu co jakiś czas, sukcesywnie tłumaczy przypisy znajdujące się pod tekstem pisanym. Ma być to element komiczny, który niejako pozwala oswoić się z aktorami oraz utworami żałobnymi. Potem treny są naprzemiennie recytowane i śpiewane przez wszystkich aktorów.

            Sam opis spektaklu niektórym może wydawać się niezachęcający. Jednak specyficzny klimat i oświetlenie, panujące podczas spektaklu, przenoszą publikę w okres żałoby i smutku. Aktorzy całkowicie oddali się roli, co sprawiło, że w ich zachowaniu i grze można było dostrzec prawdziwe uczucia. Podczas wykonań wokalnych także dało się odczuć żal i głębokie zaangażowanie. Tutaj aktorzy zastosowali różne techniki modulowania głosem, kontrastowo używali szeptu, aby następnie głośno i wyraźnie wyrzucić z siebie uczucia. Stosowali również ciszę, powtórzenia tekstu, rytmiczne melodie czy dwugłos jako środki wyrazu.

            Osobiście uważam, że spektakl był fenomenalnym widowiskiem. W zachowaniu Stanisława Melskiego można było dostrzec pewnego rodzaju słabość, która mogła być spowodowana jakimiś osobistymi przeżyciami lub (co bardziej do mnie przemawia) była po prostu formą mistrzowskiej gry aktorskiej. Przejścia między kolejnymi trenami były ogromnie płynne, co widzowi, który wcześniej nie miał do czynienia z utworami Jana Kochanowskiego, mogło utrudniać rozróżnienie, z którym trenem ma do czynienia. Również Iwona Stankiewicz nie miała łatwego zadania. Musiała zagrać żonę, która wspiera swojego męża w tak trudnym dla nich momencie, a jednocześnie kobietę, która sama musi mierzyć się ze swoimi uczuciami. Ciekawym elementem spektaklu była także postać Orszuli. Aktorka w trakcie odśpiewywania trenów przez aktorów tańczyła, a w dalszej części przedstawienia sama wzięła udział w śpiewaniu. Wprowadzała pewną atmosferę tajemniczości, jednocześnie obrazując zachowanie małego i niedoświadczonego życiowo dziecka. Rewelacyjnie wzbogacała fabułę.

           Przedstawienie samo w sobie było aktem żalu i żałoby. Uczucia były bardzo wyraźnie zarysowane. Aczkolwiek nie udałoby się to, gdyby nie zaangażowanie i praca aktorów. Polecam zapoznać się z tym spektaklem, jak i samymi utworami Jana Kochanowskiego.

Magdalena Stęplowska z I B

 

Tak odebrali spektakl pierwszoklasiści rok temu (w 2016 roku):

http://spotkaniazpoezja4.blox.pl/html/1310721,262146,14,15.html?3,2016

 



czwartek, 01 czerwca 2017

Prace nad tym dziełem rozpoczęły się dziewięć lat temu, a sama realizacja zajęła dwa lata. Miasto 44 w reż. Jana Komasy weszło do polskich kin we wrześniu 2014 roku w związku z siedemdziesiątą rocznicą Powstania Warszawskiego. Jest to film fabularny, który pokazuje martyrologię Polaków podczas wojny. Oprócz wydarzeń historycznych na pierwszy plan wysuwa się dramatyczna i wzruszająca przygoda miłosna, osadzona w realiach II wojny światowej.

Główny bohater, Stefan Zawadzki (w tej roli Józef Pawłowski), jest obdarzonym urodą, nastoletnim mężczyzną, który do konspiracji trafia przez zakochaną w nim Kamę (Anna Próchniak). Chłopak jednak oddaje serce Biedronce (Zofia Wichłacz), która także bierze udział w powstańczej walce.

W filmie dzieje się naprawdę dużo. Znajdziemy w nim: przebijanie się kanałami do Śródmieścia, mordowanie cywilów w szpitalach, eksplozję czołgu pułapki na Starym Mieście, apokalipsę i śmierć we wszystkich odsłonach. Wymienione sceny wzbudziły we mnie ogromne emocje, m.in.: szok, gniew, a nawet obrzydzenie. Akcja filmu była szybka i dynamiczna: chęć odwetu zmieniła się w złość i próbę zemsty, po których nastąpiła walka o przetrwanie. Umieszczenie scen miłosnych w trakcie akcji powstańczych, huku granatów i odgłosu strzałów mogło wzbudzić u niektórych widzów oburzenie.

Uważam, że miłość jest nieodłączną częścią życia człowieka. Ludzie kochają się w czasie pokoju i wojny, a młodzi, którzy nie wiedzą, czy dożyją następnego dnia, chcą miłość czerpać całymi garściami i właśnie to pokazał reżyser. Myślę, że film Miasto 44 jest niezwykle wartościowy. Posiada on walory poznawcze i emocjonalne, budzi wyobraźnię, pozwala widzowi poczuć się jak członek powstania. W czasie seansu czułam empatię wobec bohaterów. W pewnych momentach było mi smutno, zastanawiałam się, dlaczego Bóg pozwolił na wielką krzywdę bohaterów i jak mógł patrzeć na cierpienie niewinnych ludzi.

Miasto 44 polecam osobom, które lubią filmy akcji na długo zapadające w pamięć. Uważam, że dzieło zmusza człowieka do wielu refleksji.

Daria Prask z I B



18:08, spotkaniazpoezja-4 , recenzje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 lipca 2016

W czerwcu całą klasą wybraliśmy się do kina na "Idola z ulicy" - sfabularyzowany dokument o losach Palestyńczyka, Mohammeda Assafa.

Film opowiada historię chłopca, który spełniał swoje marzenia. Od dziecka śpiewał i występował publicznie. Ogromną rolę w jego życiu odegrała siostra, która zachęcała go do ciągłych prób, aby świat miał okazję usłyszeć jego anielski głos. Bohater chciał również wyrwać się z obozu dla uchodźców w Strefie Gazy. Niestety, dziewczynka umiera, a jej brat na następne kilka lat porzuca swoje plany. Jednakże potrzeba wolności znowu daje o sobie znać, więc Mohammed robi wszystko, aby dostać się do Kairu na przesłuchania do „Arabskiego Idola”. Udaje mu się, dostaje się do programu i wygrywa.

Gdyby film opowiadał tylko i wyłącznie o tym, co napisałam powyżej, to byłby jednym z wielu, ale nie jest, bowiem dotyczy nie tylko historii jednego człowieka, ale całego palestyńskiego narodu. Strefa Gazy, jako obszar pozostający pod administracją władz Autonomii Palestyńskiej, a w rzeczywistości pod kontrolą Hamasu, jest od wielu lat pogrążona w wojnie. Z jednej strony stała się kluczowym punktem w konflikcie izraelsko-palestyńskim, a z drugiej, przez walkę dwóch ugrupowań: sunnickiego Hamasu rządzącego w Strefie Gazy i lewicowego Al-Fatah sprawującego władzę na Zachodnim Brzegu Jordanu, w wojnie domowej. Dlatego właśnie postać Mohammeda Assafa jest tak ważna dla mieszkańców Strefy Gazy. Pokazuje ona, że możliwe jest wyrwanie się z toksycznego środowiska, spełnianie swoich marzeń, a przede wszystkim wpływanie na losy państwa. Mohammed został głosem narodu (dosłownie i w przenośni). Zjednoczył na chwilę skonfliktowane społeczeństwo i dał nadzieję setkom ludzi. Nie jest to historia chłopca, ale mężczyzny, który mimo wielu niepowodzeń, strachu, wątpliwości przedłożył potrzeby państwa nad swoje.

Film miał kilka niedociągnięć, między innymi nie wprowadzał widza w sytuację Strefy Gazy. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, co się dzieje w Palestynie, oprócz tego, że jest tam wojna, ani nie słyszałam nigdy o Mohammedzie Assafie, który istniał naprawdę. Wydaje mi się, że Zachód nie zdaje sobie do końca sprawy z powagi sytuacji na Bliskim Wschodzie. 

Cieszę się, że miałam okazję zobaczyć „Idola z ulicy” i polecam film każdemu, kto jest zainteresowany losami Strefy Gazy, i nie tylko.

Michalina Osieleniec z II D



czwartek, 09 czerwca 2016

Jakiś czas temu (20 lutego 2016) miałam ogromną przyjemność być na przedstawieniu realizowanym przez Teatr Polski, a mianowicie na „Dziadach” w reżyserii Michała Zadary. Pomyślałam, że jest to na tyle niesamowite i niecodzienne wydarzenie, że warto podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Chciałabym skupić się na zupełnie innym przedstawieniu klasyki Mickiewicza niż wcześniejsze, liczne spektakle.

Od samego początku część I dramatu zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Myślę, że nie skłamię, jeśli powiem, że każda osoba na widowni z zachwytem chłonęła każdy najmniejszy szczegół. Było zabawnie, wzruszająco, a przez chwilę nawet trochę strasznie. Salwy śmiechu wywołał Chór młodzieży, który wjechał na scenę samochodem. Dodatkowo każda osoba na scenie była ubrana, jakby mieszkała w dzielnicy największych „dresów” w PRL-u. Jednocześnie należy wspomnieć o Kacprze Kurysiu, który grał Dziecię i swoim wykonaniem Pieśni o Zaklętym Rycerzu wywołał łzy wzruszenia u niejednej osoby. Nic dziwnego, że w tempie błyskawicznym minęła pierwsza godzina przedstawienia.

II część dramatu jest dobrze znana każdemu Polakowi, jednak wciąż odrobinkę przerażająca i zaskakująca. Nie ma w tym nic dziwnego, przecież jest to część o wywoływaniu duchów o północy w ciemnej, niebezpiecznej przestrzeni cmentarnej. Jednakże w zamyśle reżysera i realizacji jest coś zabawnego, rozładowującego napięcie. Nie sposób się zorientować, kto boi się bardziej: my czy Guślarz, który jest obłąkany albo pod wpływem narkotyków (w tej roli fantastyczny Mariusz Kiljan), zresztą jak cała reszta obecnych. Chociaż i tak największą niespodzianką okazała się być zwisająca z sufitu pasterka Zosia, która paląc na scenie, śpiewa sprośną piosenkę, rozbawiając tym sposobem każdego widza do łez. Jest to zupełnie inne spojrzenie na klasykę, co wielu widzów oburza, ale idealnie wpasowuje się w dzisiejszą rzeczywistość, dlatego przyjemnie się II część „Dziadów” ogląda.

Po przerwie obiadowej nastąpiło to, na co czekał każdy. Może to było tylko moje odczucie, jednak III część „Dziadów” jest chyba najbardziej fascynująca, ale jednocześnie trudna, dlatego z podekscytowaniem czekałam, aby zobaczyć, jak poradził sobie reżyser z jej interpretacją. Oczywiście nie mogło być mowy o rozczarowaniu. Realizacja na najwyższym poziomie – dotyczyło to zarówno scenografii, jak i aktorstwa. Dla nikogo nie było zaskoczeniem, że Bartosz Porczyk w roli Konrada spełnił się całkowicie i udowodnił swój kunszt aktorski. Znowu na wspomnienie zasługuje Mariusz Kiljan, odtwórca roli księdza Piotra – interpretacja postaci została pogłębiona i uwydatniona przez tego aktora. W tej części dramatu nie było kontrowersji, może poza momentem oddawania moczu na scenie przez Konrada, co jak najbardziej jest naturalną potrzebą fizjologiczną.

Po fantastycznej części III przyszedł czas na część najbardziej znienawidzoną przez każdego licealistę, czyli Ustęp. Od tego fragmentu sztuki oczekiwałam najmniej, ponieważ najmniej mnie on interesował i to był największy błąd. Prawdopodobnie Ustęp to mój ulubiony fragment przedstawienia trwającego prawie czternaście godzin, a już na pewno najbardziej zaskakujący. Michał Zadara udowodnił swój geniusz, przedstawiając siedem wierszy jako muzyczno-wizualną kombinację. Wielkie brawa otrzymała kilkunastoletnia Julia Leszkiewicz, która bez pomyłki recytowała cały wiersz „Droga do Rosji”.

Na sam koniec została część IV, którą oglądało się najtrudniej. Po pierwsze przez zmęczenie, ponieważ była już godzina 12.00 w nocy, a po drugie ze względu na nieznajomość tekstu, gdyż nie jest to część przerabiana w całości w szkołach, a powinna być. Jednak nie sposób było się oprzeć pewnej magii i nastrojowi, który panował na scenie, a to dzięki Bartoszowi Porczykowi, który jako Konrad musiał zapamiętać prawie całą treść tego fragmentu dramatu, a swój monolog przerywał śpiewem i grą na pianinie, co wprowadziło widzów w magiczny nastrój.

Nie można zaprzeczyć, że Michał Zadara pokazał zupełnie inne spojrzenie na Mickiewiczowską klasykę. Większość, w tym ja, jest z tego powodu zachwycona, części, głównie zagorzałym profesorom, taka nowatorskość i swoboda zupełnie nie odpowiadają. Jednak według mnie największą zasługą reżysera jest ukazanie „Dziadów” jako całości, a nie oderwanych od siebie kawałków. Jestem przekonana, że przedstawienie poszczególnych części w kolejności numerowania zrewolucjonizuje sposób pokazywania, tłumaczenia oraz przerabiania dramatu w najbliższych latach. Każdemu, kto będzie miał okazję wybrać się na przedstawienie do Teatru Polskiego, gorąco polecam, ponieważ obejrzenie dramatu w całości to wyjątkowe i niesamowite przeżycie.

Michalina Osieleniec z II d



sobota, 02 stycznia 2016

Na początku listopada 2015 roku, jak przystało na miesiąc duchów, obejrzeliśmy w Teatrze Polskim Dziady w reżyserii Michała Zadary. Spektakl był inscenizacją I, II i IV części dramatu Mickiewicza, które spajał wiersz Upiór.

Gra z grozą

        Inscenizacja Dziadów Michała Zadary to przede wszystkim horror, sztuka grozy, a także gra, zabawa z konwencją horroru realizowaną dziś głównie w tekstach filmowych.

        Czym jest horror? Jak czytamy w Wikipedii: To odmiana fantastyki polegająca na budowaniu świata przedstawionego na wzór rzeczywistości i praw nią rządzących po to, aby wprowadzić w jego obręb zjawiska kwestionujące te prawa i nie dające się wytłumaczyć bez odwoływania się do zjawisk nadprzyrodzonych. Celem horroru jest wywołanie u widza poczucia grozy, niepokoju lub obrzydzenia. Głównymi postaciami horrorów są zazwyczaj wampiry, demony, duchy. W zgodzie z tą definicją Zadara wprowadza widza w świat strachu, uruchamiając teatralne czary. Ich przykładem jest scena, w której Zosia unosi się nad sceną podpięta do sztankietu, bo przecież, jak napisał wieszcz:  ...przez wieczne lecąc bezdroże, ani wzbić się pod niebiosa, ani dotknąć ziemi nie może... Chór ptaków szarpiących Widmo złego pana też pojawia się na scenie pod postacią łątek. Z kolei w ostatnim akcie, w ciemnych ostępach podwileńskich borów stoi mały domek przypominający chatkę na kurzej nóżce –  jak z bajki o Jasiu i Małgosi. Wprawdzie nie mieszka w niej zła Baba Jaga, a na fasadzie jest zamieszczony krucyfiks, bo to dom unickiego ksiądza i jego dwójki dzieci. To tam zbłądził Gustaw rozpamiętujący nieszczęsną miłość do Maryli, to tu ukazuje swą podwójną ludzko-trupią naturę, a w finale  wzywa księdza, aby ten przywrócił obrzęd dziadów.

         Ale jak napisałam wcześniej, Dziady Zadary to także zabawa z konwencją horroru. Wydaje się udana, co można było zaobserwować na widowni, gdy młodzież podczas scen z duchami nie potrafiła opanować wybuchów śmiechu. Zgodnie z intencjami twórców, ponieważ widma zachowywały się zabawnie. Jak choćby Zosia, która fruwała w powietrzu i paliła papierosa, którego zabrała jednemu z uczestników obrzędu. Zosia jest tu współczesną dziewczyną, a jej wiarygodność potwierdza fakt, iż postać ta zapada w pamięć.

Nastrój tajemniczości i grozy inscenizatorzy wywołują także przy pomocy zabiegu zasłaniania twarzy aktorów światłocieniem. Chwilami miałam wrażenie, że w spektaklu więcej jest filmu niż teatru, a inscenizacja przypomina kręcony z ukrycia dokument.

Widowisko rozpoczyna się w olbrzymiej i pustej przestrzeni sceny. W centrum, na sofie leży okularnica zatopiona w lekturze. Po chwili zaczyna użalać się nad sobą, wykrzykując monolog Dziewicy. Reflektory eksponują sceniczne ściany, rury, przewody… Demonstracja realności teatralnego wydarzenia?

Na wstępie kolejnej części spektaklu na scenę zostają spuszczone sztuczne pnie drzew, spadają worki ze śmieciami, głośniki imitują dźwięki przyrody, a reflektory udają poświatę księżycową. Taki współczesny las – śmietnisko w naturze. Tu następuje zaskakujące i efektowne wejście, a raczej wjazd. Chór młodzieńców (z pobliskiej wsi?) wjeżdża do lasu…  w prawdziwym maluchu z halogenami na dachu. Guślarz  inicjuje szamański obrzęd. Trzaski, stuki i odgłosy kroków pointują kolejne etapy rytuału. Dreszcze idą…

Także pomysł na scenografię do kolejnej odsłony, czyli II części Dziadów, jest trafiony. W trakcie przerwy powstała dwupiętrowa budowla przypominająca niedokończoną konstrukcję z betonu. Pod tą prowizoryczną  kaplicą walają się zwały śmieci. Na piętrze szaman zbiera swoją ekipę, żeby biesiadować z widmami. Tajny obrzęd Guślarza odgrywany jest w ciemnościach, zgodnie z zaleceniami poety: Żadnej lampy, żadnej świecy. Na szczęście ktoś nagrywa wszystko kamerą. Skaczący i chwilami nieostry obraz transmitowany jest na ekrany po obu stronach sceny. Może reżyser chce wywołać u widza swego rodzaju trans sceniczny, aby wszedł w świat przedstawiony w sztuce bez oporu?

Scenografia, dźwięk, światło i nasza wyobraźnia podkręcana efektami specjalnymi przenoszą widza w świat grozy.  Ciarki na plecach, postacie zachowują się jak w prawdziwym horrorze, akcja szybko przenosi się z piętra na piętro, widma wywołują autentyczny popłoch na scenie i widowni. Choć obrzęd jest pogański, w chwilach krytycznych Guślarz chwyta kropidło i krzyż. Pogański szaman przemienia się w chrześcijańskiego egzorcystę. Porwana transmisja z wywołania duchów zdaje się być precyzyjnie wyreżyserowana. Znikające obrazy pobudzają wyobraźnię. Uczestnicy realnie odgrywają przerażenie.

Dziady Zadary to spektakl żywiołowy i mocny w swojej odsłonie. To performans skuteczny - ponieważ zjawiają się widma, ale jednocześnie szalony – w pomysłowości przedstawienia nierzeczywistości.   

                                                                  Oliwia Dalecka z II c

 

Młodzi starych nigdy nie zrozumieją, a starzy młodych nie docenią

        Spektakl Michała Zadary, Dziady, to przede wszystkim ukazanie różnic pokoleniowych, które pojawiają się w historii ludzkości od zawsze, dotyczą każdej generacji. Oglądając inscenizację w Teatrze Polskim, możemy zauważyć wiele scen świadczących o trafności takiej interpretacji spektaklu.  

        W pierwszej części sztuki ukazany jest problem odmiennego postrzegania śmierci przez młodych i starych. Według ludzi starszych pamięć o zmarłych jest czymś ważnym, gdyż czują oni bliskość nadejścia końca ich egzystencji. Dla ludzi młodych śmierć jest czymś odległym, na tyle odległym, że nie należy teraz się nią przejmować, tylko korzystać z życia. W życiu bowiem bardzo ważne jest doświadczenie nabywane z wiekiem. Dzięki niemu potrafimy ustalić, co jest dla nas najważniejsze, jednak aby zdać sobie z tego sprawę, musimy przebrnąć przez wiele ciężkich chwil. W inscenizacji Zadary świetnie obrazuje nam to scena ukazująca starca idącego z wnukiem na cmentarz. Opowiada on chłopcu, jak ciężki jest byt starego człowieka mającego świadomość, że stoi już nad grobem. Starość wydaje się dziadkowi tak trudna, że życzy dziecku, aby umarło młodo.

        Czwarta część Dziadów także przedstawia nam konflikt pokoleń. Najwyraźniej ukazuje go różna postawa Gustawa i Księdza wobec śmierci. Z powodu doświadczenia życiowego Ksiądz podchodzi do problemu Gustawa  obiektywnie. Nie potrafi zrozumieć młodzieńca rozpaczającego z powodu rozstania ze swoją ukochaną, gdyż on sam musiał  w życiu stawić czoło większym troskom. Śmierć odebrała mu ukochaną żonę i na jakiś czas zniszczyła jego spokojne i szczęśliwe życie. Potrafił jednak pokonać żal i smutek. Gustaw jednak nie słucha starca. Uważa, że nie mógł go spotkać większy dramat.  To zderzenie dwu odmiennych postaw świetnie obrazują słowa księdza, który mówi: „Ja swoje, a on swoje – nie widzi, nie słucha”. Młodzieniec dosłownie szaleje z zauroczenia ukochaną, która zostawiła go dla kogoś innego. Wciąż zmienia zdanie na temat swoich uczuć. Na przemian obwinia to siebie, to swoją wybrankę. Krótko mówiąc, potęguje tylko ból, który według bardziej doświadczonego życiowo duchownego już jest „przygaszony”. A „na cóż ból rozdrażniać w przygojonej ranie?”.

        Różnice pokoleń można zauważyć także w odczuwaniu empatii przez młodych i starych. Kapłan, dopóki uważał problem Gustawa za poważny, próbował mu pomóc za wszelką cenę. Choć Gustaw był człowiekiem brudnym, w podartych szatach, nie poczuł odrazy, lecz właśnie wynikający ze zrozumienia żal. Wiedział bowiem, iż każdego z nas może spotkać nieszczęście. Był więc gotów przyjąć nieznajomego i dziwnie się zachowującego obdartusa do swojego przytulnego domu, napoić i nakarmić. Natomiast córki duchownego tylko śmiały się z przybysza. Nie należy ich jednak winić i osądzać, gdyż żyjąc razem z kochającym ojcem w przytulnym domu, gdzie niczego im nie brakuje, nie rozumiały, jak ciężkie może być samotne życie. Ojciec jednak ostrzegł je: „Dzieci, będzie ten płakał, kto się z płaczu śmieje!”.

        Moim zdaniem to dorosłe zachowanie jest godne pochwały, gdyż pozwala racjonalnie spojrzeć na doczesność i podejmować rozważne decyzje, które będą miały pozytywny wpływ na nasze dalsze losy. Jednak osoby niedojrzałe nie potrafią, a może nie chcą tego zrozumieć, gdyż wiedzą, że może ich to ograniczać w realizowaniu swoich młodzieńczych zachcianek. Oznacza to że, różnice pomiędzy starszymi, ułożonymi, ustatkowanymi i młodymi, chcącymi żyć pełnią życia ludźmi nigdy nie znikną. Wynikają bowiem z innej perspektywy widzenia życia, z dystansu do świata bądź braku obiektywizmu. Dojrzałe, bardziej doświadczone osoby nigdy nie zgodzą się z niepokornym bytem, a zuchwała i niesforna młodzież dostrzeże sens w stateczności dopiero, gdy sama dorośnie. Mądre i rozważne zachowania są bowiem świadectwem naszej dorosłości.

Agata Potocka z II c

    

 

 



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Tagi
www.lo4.wroc.pl Tu podaj tekst alternatywny Tu podaj tekst alternatywny