zwycięski blog w projekcie Szkoła z poezją 2012
sobota, 02 stycznia 2016

Na początku listopada 2015 roku, jak przystało na miesiąc duchów, obejrzeliśmy w Teatrze Polskim Dziady w reżyserii Michała Zadary. Spektakl był inscenizacją I, II i IV części dramatu Mickiewicza, które spajał wiersz Upiór.

Gra z grozą

        Inscenizacja Dziadów Michała Zadary to przede wszystkim horror, sztuka grozy, a także gra, zabawa z konwencją horroru realizowaną dziś głównie w tekstach filmowych.

        Czym jest horror? Jak czytamy w Wikipedii: To odmiana fantastyki polegająca na budowaniu świata przedstawionego na wzór rzeczywistości i praw nią rządzących po to, aby wprowadzić w jego obręb zjawiska kwestionujące te prawa i nie dające się wytłumaczyć bez odwoływania się do zjawisk nadprzyrodzonych. Celem horroru jest wywołanie u widza poczucia grozy, niepokoju lub obrzydzenia. Głównymi postaciami horrorów są zazwyczaj wampiry, demony, duchy. W zgodzie z tą definicją Zadara wprowadza widza w świat strachu, uruchamiając teatralne czary. Ich przykładem jest scena, w której Zosia unosi się nad sceną podpięta do sztankietu, bo przecież, jak napisał wieszcz:  ...przez wieczne lecąc bezdroże, ani wzbić się pod niebiosa, ani dotknąć ziemi nie może... Chór ptaków szarpiących Widmo złego pana też pojawia się na scenie pod postacią łątek. Z kolei w ostatnim akcie, w ciemnych ostępach podwileńskich borów stoi mały domek przypominający chatkę na kurzej nóżce –  jak z bajki o Jasiu i Małgosi. Wprawdzie nie mieszka w niej zła Baba Jaga, a na fasadzie jest zamieszczony krucyfiks, bo to dom unickiego ksiądza i jego dwójki dzieci. To tam zbłądził Gustaw rozpamiętujący nieszczęsną miłość do Maryli, to tu ukazuje swą podwójną ludzko-trupią naturę, a w finale  wzywa księdza, aby ten przywrócił obrzęd dziadów.

         Ale jak napisałam wcześniej, Dziady Zadary to także zabawa z konwencją horroru. Wydaje się udana, co można było zaobserwować na widowni, gdy młodzież podczas scen z duchami nie potrafiła opanować wybuchów śmiechu. Zgodnie z intencjami twórców, ponieważ widma zachowywały się zabawnie. Jak choćby Zosia, która fruwała w powietrzu i paliła papierosa, którego zabrała jednemu z uczestników obrzędu. Zosia jest tu współczesną dziewczyną, a jej wiarygodność potwierdza fakt, iż postać ta zapada w pamięć.

Nastrój tajemniczości i grozy inscenizatorzy wywołują także przy pomocy zabiegu zasłaniania twarzy aktorów światłocieniem. Chwilami miałam wrażenie, że w spektaklu więcej jest filmu niż teatru, a inscenizacja przypomina kręcony z ukrycia dokument.

Widowisko rozpoczyna się w olbrzymiej i pustej przestrzeni sceny. W centrum, na sofie leży okularnica zatopiona w lekturze. Po chwili zaczyna użalać się nad sobą, wykrzykując monolog Dziewicy. Reflektory eksponują sceniczne ściany, rury, przewody… Demonstracja realności teatralnego wydarzenia?

Na wstępie kolejnej części spektaklu na scenę zostają spuszczone sztuczne pnie drzew, spadają worki ze śmieciami, głośniki imitują dźwięki przyrody, a reflektory udają poświatę księżycową. Taki współczesny las – śmietnisko w naturze. Tu następuje zaskakujące i efektowne wejście, a raczej wjazd. Chór młodzieńców (z pobliskiej wsi?) wjeżdża do lasu…  w prawdziwym maluchu z halogenami na dachu. Guślarz  inicjuje szamański obrzęd. Trzaski, stuki i odgłosy kroków pointują kolejne etapy rytuału. Dreszcze idą…

Także pomysł na scenografię do kolejnej odsłony, czyli II części Dziadów, jest trafiony. W trakcie przerwy powstała dwupiętrowa budowla przypominająca niedokończoną konstrukcję z betonu. Pod tą prowizoryczną  kaplicą walają się zwały śmieci. Na piętrze szaman zbiera swoją ekipę, żeby biesiadować z widmami. Tajny obrzęd Guślarza odgrywany jest w ciemnościach, zgodnie z zaleceniami poety: Żadnej lampy, żadnej świecy. Na szczęście ktoś nagrywa wszystko kamerą. Skaczący i chwilami nieostry obraz transmitowany jest na ekrany po obu stronach sceny. Może reżyser chce wywołać u widza swego rodzaju trans sceniczny, aby wszedł w świat przedstawiony w sztuce bez oporu?

Scenografia, dźwięk, światło i nasza wyobraźnia podkręcana efektami specjalnymi przenoszą widza w świat grozy.  Ciarki na plecach, postacie zachowują się jak w prawdziwym horrorze, akcja szybko przenosi się z piętra na piętro, widma wywołują autentyczny popłoch na scenie i widowni. Choć obrzęd jest pogański, w chwilach krytycznych Guślarz chwyta kropidło i krzyż. Pogański szaman przemienia się w chrześcijańskiego egzorcystę. Porwana transmisja z wywołania duchów zdaje się być precyzyjnie wyreżyserowana. Znikające obrazy pobudzają wyobraźnię. Uczestnicy realnie odgrywają przerażenie.

Dziady Zadary to spektakl żywiołowy i mocny w swojej odsłonie. To performans skuteczny - ponieważ zjawiają się widma, ale jednocześnie szalony – w pomysłowości przedstawienia nierzeczywistości.   

                                                                  Oliwia Dalecka z II c

 

Młodzi starych nigdy nie zrozumieją, a starzy młodych nie docenią

        Spektakl Michała Zadary, Dziady, to przede wszystkim ukazanie różnic pokoleniowych, które pojawiają się w historii ludzkości od zawsze, dotyczą każdej generacji. Oglądając inscenizację w Teatrze Polskim, możemy zauważyć wiele scen świadczących o trafności takiej interpretacji spektaklu.  

        W pierwszej części sztuki ukazany jest problem odmiennego postrzegania śmierci przez młodych i starych. Według ludzi starszych pamięć o zmarłych jest czymś ważnym, gdyż czują oni bliskość nadejścia końca ich egzystencji. Dla ludzi młodych śmierć jest czymś odległym, na tyle odległym, że nie należy teraz się nią przejmować, tylko korzystać z życia. W życiu bowiem bardzo ważne jest doświadczenie nabywane z wiekiem. Dzięki niemu potrafimy ustalić, co jest dla nas najważniejsze, jednak aby zdać sobie z tego sprawę, musimy przebrnąć przez wiele ciężkich chwil. W inscenizacji Zadary świetnie obrazuje nam to scena ukazująca starca idącego z wnukiem na cmentarz. Opowiada on chłopcu, jak ciężki jest byt starego człowieka mającego świadomość, że stoi już nad grobem. Starość wydaje się dziadkowi tak trudna, że życzy dziecku, aby umarło młodo.

        Czwarta część Dziadów także przedstawia nam konflikt pokoleń. Najwyraźniej ukazuje go różna postawa Gustawa i Księdza wobec śmierci. Z powodu doświadczenia życiowego Ksiądz podchodzi do problemu Gustawa  obiektywnie. Nie potrafi zrozumieć młodzieńca rozpaczającego z powodu rozstania ze swoją ukochaną, gdyż on sam musiał  w życiu stawić czoło większym troskom. Śmierć odebrała mu ukochaną żonę i na jakiś czas zniszczyła jego spokojne i szczęśliwe życie. Potrafił jednak pokonać żal i smutek. Gustaw jednak nie słucha starca. Uważa, że nie mógł go spotkać większy dramat.  To zderzenie dwu odmiennych postaw świetnie obrazują słowa księdza, który mówi: „Ja swoje, a on swoje – nie widzi, nie słucha”. Młodzieniec dosłownie szaleje z zauroczenia ukochaną, która zostawiła go dla kogoś innego. Wciąż zmienia zdanie na temat swoich uczuć. Na przemian obwinia to siebie, to swoją wybrankę. Krótko mówiąc, potęguje tylko ból, który według bardziej doświadczonego życiowo duchownego już jest „przygaszony”. A „na cóż ból rozdrażniać w przygojonej ranie?”.

        Różnice pokoleń można zauważyć także w odczuwaniu empatii przez młodych i starych. Kapłan, dopóki uważał problem Gustawa za poważny, próbował mu pomóc za wszelką cenę. Choć Gustaw był człowiekiem brudnym, w podartych szatach, nie poczuł odrazy, lecz właśnie wynikający ze zrozumienia żal. Wiedział bowiem, iż każdego z nas może spotkać nieszczęście. Był więc gotów przyjąć nieznajomego i dziwnie się zachowującego obdartusa do swojego przytulnego domu, napoić i nakarmić. Natomiast córki duchownego tylko śmiały się z przybysza. Nie należy ich jednak winić i osądzać, gdyż żyjąc razem z kochającym ojcem w przytulnym domu, gdzie niczego im nie brakuje, nie rozumiały, jak ciężkie może być samotne życie. Ojciec jednak ostrzegł je: „Dzieci, będzie ten płakał, kto się z płaczu śmieje!”.

        Moim zdaniem to dorosłe zachowanie jest godne pochwały, gdyż pozwala racjonalnie spojrzeć na doczesność i podejmować rozważne decyzje, które będą miały pozytywny wpływ na nasze dalsze losy. Jednak osoby niedojrzałe nie potrafią, a może nie chcą tego zrozumieć, gdyż wiedzą, że może ich to ograniczać w realizowaniu swoich młodzieńczych zachcianek. Oznacza to że, różnice pomiędzy starszymi, ułożonymi, ustatkowanymi i młodymi, chcącymi żyć pełnią życia ludźmi nigdy nie znikną. Wynikają bowiem z innej perspektywy widzenia życia, z dystansu do świata bądź braku obiektywizmu. Dojrzałe, bardziej doświadczone osoby nigdy nie zgodzą się z niepokornym bytem, a zuchwała i niesforna młodzież dostrzeże sens w stateczności dopiero, gdy sama dorośnie. Mądre i rozważne zachowania są bowiem świadectwem naszej dorosłości.

Agata Potocka z II c

    

 

 



niedziela, 29 listopada 2015

W ramach tegorocznej wymiany  z hiszpańską szkołą,  Institut Pons d’Icart w Tarragonie, sześcioro uczniów z klasy II B zrealizowało projekt edukacyjny Miejsca, które mówią… Zadaniem uczestników było sporządzenie dokumentacji fotograficznej oraz opis wybranego miejsca w Hiszpanii. Szczegółowe informacje o projekcie na stronie: http://lo4.wroc.pl/projekt-edykacyjny-miejsca-ktore-mowia/ 


SZPITAL ŚW. PAWŁA

Miejscem, którego nigdy nie zapomnę i które wywarło na mnie niesamowite wrażenie, jest Szpital św. Krzysztofa i św. Pawła, a właściwie Szpital św. Pawła (L’Hospital de la Santa Creu i Sant Pau). Jest to zespół budynków zaprojektowanych przez Lluisa Domènecha i Montanera, przedstawicieli katalońskiej secesji. W 1401 roku połączono sześć szpitali i nadano im nazwę Szpital św. Krzyża. W XIX wieku rozwój miasta i postępy w medycynie wymusiły rozbudowę kompleksu, dzięki dofinansowaniu przez bankowca Pau Gila rozbudowę ukończono w 1930 roku. Na prośbę sponsora dodano do nazwy imię jego patrona - Pau. Od tej pory oficjalna nazwa  obiektu to Szpital św. Krzyża i św. Pawła.

Cały kompleks, składający się z budynku administracji i 27 pawilonów połączonych podziemnymi korytarzami w celu ułatwienia transportu chorych, został ozdobiony licznymi wieżyczkami, kopułami oraz bogatą dekoracją rzeźbiarską. Każdy pawilon jest inny. Całość kompleksu od miasta odgradza czarne rzeźbione ogrodzenie, które raz po raz przedziela wieżyczka z ozdobnymi figurkami. Budynki otacza przestrzeń, którą można nazwać ogrodem. Są tam ławki i ciekawe odmiany roślin, m.in. palmy i mandarynki. Przed głównym wejściem znajduje się miniatura szpitala w formie planu dla niewidomych turystów.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od budynku administracji, do którego prowadziły szerokie schody. W holu moją uwagę przykuł witraż w niebiesko-pomarańczowo-żółtych barwach. Po obu stronach holu znajdowały się biblioteki i sekretariat. W wydzielonej części kompleksu znajduje się także kaplica. Wnętrza każdej z części tego niesamowitego obiektu dopracowano do perfekcji, tak, aby w pełni odpowiadały potrzebom chorych, którzy tam byli leczeni.

Przykładem niech będzie sala operacyjna, którą mogliśmy zwiedzić. Kolorystyka pomieszczenia jest dość zimna, przeważa kolor zielony w różnych odcieniach. Na ścianach wiszą szare kurtyny, których zadaniem było oddzielenie pacjentów od siebie. Sufit wykonany został z zielonych błyszczących płytek, co daje ciekawy efekt. Na jednej ze ścian w centralnym punkcie wisi wielka czarno-biała fotografia, przedstawiająca autentyczny wygląd tego oddziału w dawnych czasach.

Nie wszystko mogliśmy zobaczyć, ale to, co widzieliśmy, zafascynowało mnie. Oryginalność i rozmach tego zabytku wywarły na mnie ogromne wrażenie. Klimat tego szczególnego obiektu uświadomił mi sens potrzeby inwestowania w miejsca, w których niesie się pomoc ludziom i ratuje im życie.

W mojej pamięci na długo pozostanie hologram na ścianie podziemnego tunelu, przedstawiający transport chorego! Oto siła medycyny, techniki i kultury w jednym!

                                                                  Tekst - Kamila Galert z II B

 

PALAU GUELL

Podróż do Hiszpanii była dla mnie czymś zupełnie nowym. Włączenie się w inną kulturę, krajobraz i mentalność pozwoliły na to, bym pod innym kątem spojrzała na wszystkie otaczające mnie rzeczy. Po zwiedzeniu i obejrzeniu kilku muzeów, katedry i innych zabytkowych barcelońskich atrakcji jedno miejsce szczególnie utkwiło mi w pamięci i sprowokowało mnie do refleksji. Jest to Park Guell, czyli duży ogród z elementami architektonicznymi w Barcelonie. Został zaprojektowany przez katalońskiego architekta Antonio Gaudiego na życzenie jego przyjaciela Eusebio Guella. Powstawał w latach 1900-1914. Najciekawszymi elementami parku są brama wejściowa z przyległymi do niej dwoma pawilonami, schody wejściowe z trzema wysepkami – pierwsza ma formę groty, druga węża na tle katalońskiej flagi (symbol mądrości), a trzecia salamandry (symbol Plutona),  Sala Kolumnowa, taras oraz dom - Palau Guell.

Największe wrażenie zrobił na mnie jego dach z przepięknymi kominami, które są mieszanką różnych stylów, niektóre z nich są ułożone mozaiką trencadis (kawałki potłuczonych płytek). Widok z dachu jest przepiękny, szczególnie podczas zachodu słońca. Gdy patrzy się z jednej strony, widać bogactwo i atrakcyjność miasta, jakim jest Barcelona, natomiast patrząc na drugą stronę, widzimy slumsy, dość abstrakcyjny widok z tak zamożnego domu. Właśnie ten krajobraz zapadł mi w pamięć - przepaść, jaką widać pomiędzy tymi dwoma wymiarami życia.

W mojej głowie kotłowały się myśli, wywołujące skrajne emocje, na przykład odrazę oraz zachwyt. Te silne kontrasty (z jednej strony złocenia, szalone kolory, luksus, z drugiej szare, brudne i obdrapane mury) sprawiły, że zaczęłam myśleć o życiu biednych i bogatych, sytych i głodnych, Europejczyków i uchodźców… Te widoki spowodowały też, że zaczęłam je odnosić do codziennych życiowych doświadczeń, np. doszłam do wniosku, że piękno wywołuje przyjemność, a brzydota smutek. Ale świat składa się przecież z obydwu tych aspektów.

Widok z dachu - coś tak błahego… A jednak pozwolił mi pomyśleć o ludzkiej codzienności, o życiu. Okazuje się, że czasem warto zwrócić uwagę na detale i zobaczyć coś więcej niż tylko piękną fasadę pałacu.

Tekst - Karolina Kulesza z II B

 

PILON’S STREET

Pilon’s Street to z pozoru jedna z wielu zwykłych ulic Tarragony. A jednak skrywa ona w sobie niespodziankę. Znajduje się w  starej części tego starożytnego miasta, ale jest arcynowoczesna. Moim zdaniem wyróżnia się najbardziej na tle innych ulic i uliczek. Dla wielu zwiedzających może stanowić spore zaskoczenie. Pilon’s Street charakteryzują różne kolorowe pylony (niewielkie słupki), rozmieszczone regularnie po dwóch stronach ulicy.

Pierwotnie miały zapobiegać parkowaniu aut, ale z czasem mieszkańcy ulicy postanowili nadać uroku swojej dzielnicy, ozdabiając każdy pylon charakterystycznym wzorem. Od tego czasu pylony nie tylko spełniają swoją podstawową funkcję, ale także nadają ulicy niepowtarzalny charakter. Mieszkańcy tej niezwykłej ulicy posiadają swoje własne pylony, które mogą udekorować wedle uznania, lecz większość stanowią wzory nawiązujące do tradycji i symboli lokalnej kultury (np. obraz słynnej tu Human Tower). Świadczy to o silnej więzi tarragończyków z ich miejscem zamieszkania i przywiązaniu do lokalnych tradycji. Budzi to mój podziw.

Każde z tych niezwykłych dzieł sztuki opowiadało mi inną historię, wyrażając się w formie oryginalnej kolorowej grafiki. Niesamowite jest to, że pylony nie są tworzone przez profesjonalnych  malarzy, ale przez zwykłych ludzi, wykonujących na co dzień różne zawody, niezwiązane ze sztuką. Pilon’s Street, oprócz przekazywania konkretnych treści widzom, mówią dodatkowo coś więcej. Mianowicie to, że każdy z nas, przy odrobinie zaangażowania i kreatywności, może stać się choć na chwilę artystą.

Pilon’s Street nie bez powodu jest jedną z najczęściej fotografowanych ulic w Tarragonie – nie sposób oprzeć się jej urokowi. Inicjatywa mieszkańców tchnęła w niegdyś brudną i szarą ulicę nowe życie. Takie niebanalne rozwiązania jak „street art” czynią codzienność piękną i niepowtarzalną, dlatego uważam, że powinno być ich coraz więcej. Kreatywność mieszkańców sprawiła, że Pilon’s Street stała się obowiązkowym punktem na mapie turysty zwiedzającego Tarragonę. Jeśli miałabym okazję, to na pewno wróciłabym w to miejsce nacieszyć oko nowymi dziełami tarragończyków.

Tekst - Martyna Kamińska z II B

 

PLAŻE TARRAGONY

Tarragońskie wybrzeże dla mnie jest czymś niezwykłym, mającym wiele do powiedzenia zwykłym ludziom, którzy nie spodziewając się jego piękna, przychodzą nań pełni zachwytu i zaskoczenia.

Wraz z grupą uczniów z hiszpańskiej szkoły udaliśmy się na ich  tradycyjny coroczny spacer, którego trasa wiedzie przez siedem plaż na Costa Brava. Nie spodziewając się niczego specjalnego (mimo iż kocham morskie pejzaże), wszedłem na pozornie zwyczajną plażę. Plaża była piękna, szeroka i równa, z regularnie pofałdowanym piaskiem i delikatnie szumiącymi falami cieplejszej od powietrza - jak się okazało - wody. Niebo tego dnia było czyste niczym szkło laboratoryjne. Jedynie subtelne cirrusy przysłaniały słońce, które delikatnie się przebijało, dodając jeszcze więcej uroku wybrzeżu.

Po krótkiej wędrówce piach zaczął ustępować skałom. Weszliśmy na kamienne podwyższenie, które było jakby narożnikiem większej powierzchni. Już wtedy wiedziałem, że skrywa się za nim coś niezwykłego, niebanalnego, coś, czego nie można spostrzec na pierwszy rzut oka z poziomu plaży. Bo cóż to by była za niezwykłość dostępna dla wszystkich? Wszedłem więc na ten skalny postument, ciekawy tego, co zaraz zobaczę. I oto ujrzałem ogromne fale, roztrzaskujące się o krawędzie przepięknego kremowego piaskowca, wysokiego na 20 metrów, urwanego jakby piorunem rozwścieczonego Zeusa. Pionowo w dół zdobiły go liczne wyżłobienia, pokryte brunatnozielonymi porostami, co czyniło go jeszcze piękniejszym.

Gdy to dostrzegłem, słońce zaczęło mocno świecić, jakby sugerując mi odpowiedź na pytanie, które miejsce najbardziej przemówiło do mnie w tej bajecznej krainie Cervantesa i Gaudiego. Owiany przyjemną morską bryzą muskającą skórę, otworzyłem oczy niemal tak szeroko jak usta, z których wydobyło się bezmyślnie ,,jaaaaaaa”.

Do dziś pamiętam każdy szczegół: kolor, cień, listek z tamtej skały - skały niezwyczajnej, bo pierwszej w moim życiu, która wprawiła mnie w zachwyt i naprawdę do mnie przemówiła...

Tekst - Mikołaj Żelazny z II B

 

SAGRADA FAMILIA

Pobyt w Hiszpanii umożliwił mi chwilowe zapomnienie o polskiej rzeczywistości i codziennych problemach. Tak odległa podróż i poznanie nowej kultury pomogły mi przemyśleć wiele spraw. Zwiedziliśmy różne ciekawe miejsca, lecz jedno szczególnie przykuło moją uwagę.

Sagrada Familia jest secesyjną świątynią rzymskokatolicką, zaprojektowaną przez Antoniego Gaudiego. Jest ona wciąż niewykończona, a jednak znajduje się na światowej liście dziedzictwa kulturowego UNESCO i stanowi symbol Barcelony. Jej budowa trwa już przeszło 100 lat! Została zapoczątkowana w 1882 roku i ciągnie się do dzisiaj. Planowane ukończenie ma nastąpić w 2026 roku (!) Po ukończeniu budowy Sagrada Familia stanie się najprawdopodobniej najwyższym kościołem na świecie.

Wszystkie elementy architektoniczne budowli, od fasady aż po liczbę wież, mają znaczenie symboliczne i swoje uzasadnienie w Biblii. Trzy fasady budynku przedstawiają życie Jezusa. Wschodnia, znajdująca się przy ulicy Carrer de Marina, poświęcona została narodzeniu i dzieciństwu Chrystusa. Mieszczą się tam trzy portale, symbolizujące wiarę, nadzieję i miłość. Zachodnia, od strony Carrer de Sardenya, przedstawia mękę Pańską. Zdobienia tej części kościoła zostały zaprojektowane po śmierci Gaudiego i wśród niektórych krytyków architektury budzą kontrowersje z powodu brutalnego i naturalistycznego sposobu przedstawienia bólu i agonii Chrystusa. Południowa, nazywana Fasadą Chwały, ukazuje dzieje Jezusa po zmartwychwstaniu. To tu, po ukończeniu budowy, ma się znajdować główne wejście. Cała budowla urzeka szczegółami, wykonanymi z niespotykaną precyzją. Jej monumentalność wywołuje niesamowite emocje. Można odnieść wrażenie, że wyłania się bezpośrednio z ziemi, tworząc widok zapierający dech w piersiach. Nie trzeba wchodzić do środka, żeby poczuć magiczną atmosferę tego wyjątkowego kościoła.

Wybrałam ten zabytek, będący popisem talentu i kunsztu artysty, ponieważ dla mnie bez wątpienia jest wizytówką nie tylko miasta, ale i całego kraju. Ciężko mi było oderwać od niego wzrok. Gdy podziwiałam go z zewnątrz, wydawało mi się, że przez chwilę znalazłam się w zupełnie innej rzeczywistości. Pomyślałam o tym, co dla człowieka jest naprawdę istotne. Ludzie często nie potrafią się zatrzymać, spieszą się nie wiadomo gdzie i po co. Ja pozwoliłam sobie na przemyślenie kilku spraw i odkryłam, że liczy się jakość, a nie ilość. Ważne jest to, kim jesteśmy i co pozostawiamy po sobie.

Poruszył mnie też fakt, że świątynia jest efektem pracy kilku pokoleń, zapoczątkowanym zaledwie przez jednego wielkiego architekta - Gaudiego. Zaskoczyła mnie interesująca forma kościoła, kojarząca się z bryłą ulepioną z gliny. Aż ciężko uwierzyć, że człowiek potrafił stworzyć coś, co tak ściśle współgra z naturą. Podobne widoki, które jednak były dziełem przyrody (powstały wskutek erozji), a nie człowieka, poznałam tylko w Kapadocji.

                                                         Tekst - Weronika Derecka z II B

 

PORT W BARCELONIE

Port w Barcelonie to największy port w Katalonii, trzeci pod względem wielkości w Hiszpanii oraz największy w Europie port wycieczkowy – jego powierzchnia wynosi ponad 10 km. Jest on podzielony na trzy części: Port Vell, Free Port i Port Olimpic. Ten ostatni wchodził w skład wioski olimpijskiej podczas Igrzysk w 1992 roku  (odbyły się tu np. zawody żeglarskie).

Posiada on także 10 terminali pasażerskich. Masz ochotę na zakupy? W takim razie jesteś w idealnym miejscu, centrum handlowe "Maremagnum" zaprasza. Wolisz kino? Żaden problem, kino także wchodzi w skład portu. Tak, to może robić wrażenie. Jednak widząc to miejsce po raz pierwszy, nie wiedziałam o nim zupełnie nic. Padło hasło: "idziemy do portu". Okej – pomyślałam –  miło będzie zobaczyć morze i odpocząć chwilę po zgiełku panującym na La Rambla. Ale do głowy mi nie przyszło, że to właśnie ten port będzie miejscem, które do mnie przemówi…

Pierwsze wrażenie? Jest naprawdę ogromny i od zgiełku tu raczej się nie odpocznie. Tłum ludzi – nic dziwnego, w końcu to Barcelona. W tamtej chwili jednak przestało mi to przeszkadzać.

Katalończycy to specyficzny naród. Można powiedzieć, że są przeciwieństwem Polaków. Posiadają bowiem niezbyt popularną w naszym kraju umiejętność: potrafią się cieszyć z życia. Z każdej małej rzeczy.

W pełni dotarło to do mnie właśnie w porcie. Barcelona to bardzo zróżnicowane kulturowo miasto, ale tym, co łączy wszystkich jej mieszkańców, jest radość. I ta radość udziela się innym. Tak trochę bez przyczyny zaczynamy czuć się dobrze. Znika stres, pojawia się relaks. Coś, co przed chwilą wydawało się nam trudne, teraz jest tylko ciekawym wyzwaniem. Zderzenie z tamtejszą kulturą sprawiło, iż zdałam sobie sprawę z tego, jak potrafimy sami sobie uprzykrzać życie. Martwimy się tym, co było, jest i będzie, tak naprawdę nie mając na nic wpływu. Marnujemy czas na kłótnie, często z osobami, na których zależy nam najbardziej. Ciągle gdzieś gonimy, choć mało kto zna odpowiedź dokąd. Żyjemy szybko, staramy się o jak największą ilość zer na koncie, nie dbając o to, co naprawdę wartościowe. Co z tego, że mamy piękną willę z basenem, skoro czasami nie znamy siebie nawzajem, a nawet sami siebie.

 Zatem co wybierasz? Ja już podjęłam decyzję. Dzięki za pomoc, Barcelono!

Tekst i zdjęcia - Joanna Jadaś z II B













wtorek, 24 listopada 2015

        Przy okazji październikowych wyborów do Parlamentu odbyły się Wybory Literackie 2015. Każda zainteresowana oddaniem głosu osoba dostawała ankietę, na której musiała wybrać spośród podanych jednego polskiego pisarza klasycznego i jednego współczesnego, miała także możliwość zaproponowania innego kandydata, jeśli nie znajdował się on na karcie do głosowania. Na odwrocie ankiety należało wypełnić dane głosującego. W zamian za zagłosowanie otrzymywało się cukierka z cytatami sławnych polskich pisarzy lub zakładkę z ich wizerunkami. Wolontariusze obstawiali główne punkty Wrocławia, np. Pasaż Grunwaldzki, Sky Tower, itd. Każdy wolontariusz w rewanżu za zaangażowanie otrzymał torbę i koszulkę na pamiątkę. Zdarzały się przypadki, w których osoby odmawiały udziału w wyborach, co wielokrotnie było dla nas smutną wiadomością, jednakże większość ludzi z uśmiechem na twarzy oddawała głos na swoich ulubionych polskich pisarzy. 

Tekst i zdjęcia - Dorota Orda z I E



poniedziałek, 26 października 2015

     „Przepustki okazać na wezwanie. Nie uciekać” - już same „przepustki” zapowiadały uczniom LO nr IV we Wrocławiu i ich kolegom z technikum, że dwie godziny spędzone na widowni, a niekiedy w sali przesłuchań nie będą należeć do straconych. Przy wejściu nauczycieli i uczniów przywitał uciekający partyzant, rozrzucający ulotki. Zaraz po nim nadeszło dwóch żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza, szukających najwidoczniej ukrytych „wrogów ludu”. Wyznaczona przez żołnierzy grupka uczniów oddziału 2e miała okazję brać udział w wydarzeniu w niecodzienny sposób, mianowicie z zasłoniętymi oczami słuchając audiodeskrypcji. Połączenie filmu z grą aktorów w prawie dobrze dobranych mundurach i strojach z epoki było dla uczniów mocnym wrażeniem. Nie można też zapomnieć o tym, że klimacik tak naprawdę budował film Wajdy, oglądany w ciekawie przygotowanej sali, która od wycia syreny na „wejście” po wycie syreny na „wyjście” zapełniała się nowymi zapachami i ludźmi. To, co pamiętam, to fakt, że długo po spektaklu nie opuszczał nas charakterystyczny klimat.

      Niedawno spędziłem dwie godziny mojego życia na wydarzeniu poświęconym interpretacji filmu „Popiół i diament”. Mimo że przez cały pokaz miałem zasłonięte oczy, to inscenizacja ta wywarła na mnie duże wrażenie. Nie brakowało, co prawda, niedociągnięć, takich jak nieudolna stylizacja aktorów, która przejawiała się choćby czeskimi automatami z roku 1958 w rękach żołnierzy KOP-u, a nie UB. Sama oprawa filmu była świetna. Mało się, niestety, na nią napatrzyłem... Film w 5D jest wielkim przeżyciem, a w chwili, kiedy nic się nie widzi, a do rąk wkładają ci główkę Ilicza Lenina i każą rozpoznawać rysy wybitnego komunisty, aż ciarki przechodzą po plecach. Dobrym posunięciem było pocięcie filmu na co ważniejsze fragmenty, do których dodawano sceny z udziałem aktorów. Sam fakt podejmowania przez środowiska kulturalne Wrocławia takich inicjatyw jest niezwykle obiecujący.

Oleg Suszko z II E



niedziela, 18 października 2015

22 września 2015 w Instytucie im. Ossolińskich mieliśmy przyjemność wysłuchać wykładu na temat trzech wielkich twórców XX wieku – Czesława Miłosza, Witolda Gombrowicza i Sławomira Mrożka, z perspektywy Andrzeja Kijowskiego. Podczas spotkania poznaliśmy opinię tego krakowskiego krytyka nie tylko na temat twórczości wymienionych autorów, ale również uchylono nam rąbka tajemnicy na temat prywatnych relacji Andrzeja Kijowskiego z pisarzami.

Po zakończeniu spotkania zobaczyliśmy przytaczane wcześniej rękopisy Kijowskiego, które na stałe znajdują się w zasobach Ossolineum.

Wykład okazał się bardzo interesujący i stanowił idealne uzupełnienie wiedzy, jaką już zdobyliśmy na języku polskim.

Tekst - Paulina Gabryluk i Katarzyna Woźna z III E



Zdjęcia - Miłosz Szymański-Szewczyk z III E

Tagi
www.lo4.wroc.pl Tu podaj tekst alternatywny Tu podaj tekst alternatywny