zwycięski blog w projekcie Szkoła z poezją 2012
niedziela, 05 czerwca 2016

28 kwietnia 2016 roku obejrzeliśmy w szkolnej auli teatralną adaptację Zbrodni i kary Fiodora Dostojewskiego. Spektakl wyreżyserował Stanisław Melski, scenografię i kostiumy zaprojektowała Zofia de Ines, a muzykę napisał Piotr Matuszewski.

Swoimi wrażeniami ze spektaklu podzielili się uczniowie kl. II a, II c, II d i II e.

Spektakl na podstawie powieści Fiodora Dostojewskiego zachwycił uczniów naszej szkoły. Dla jednych wydarzenie było syntezą wiadomości o lekturze, dla innych zachętą do jej przeczytania. Znakomite aktorstwo (szczególnie samego reżysera oraz odtwórcy roli Swidrygajłowa – Dariusza Maja), świetnie dobrana, podkreślająca klimat muzyka oraz wyrazista choć minimalistyczna scenografia sprawiły, że zapamiętam to przedstawienie jako działające na emocje i wyobraźnię.

                                                                                              Wiktoria

Inicjująca spektakl scena z Marmieładowem dała nam już na wstępie do zrozumienia, że akcenty zostaną rozłożone inaczej niż w powieści. Kluczowy był motyw cierpienia. Cierpiał każdy, z różnych przyczyn. Oglądając inscenizację, czuliśmy się wręcz przytłoczeni problemami bohaterów.

Funkcjonalnym i pomysłowym rozwiązaniem było zastosowanie kompozycji szopkowej. Nakładaniu się scen towarzyszyło nakładanie się problemów.

Magdalena

Bardzo wyraziście zostało pokazane, że zbrodniarz nie jest w stanie poradzić sobie z udręczającymi go myślami. Zaczyna się obwiniać, wręcz wariować. Tak zachowywał się Raskolnikow, bohater „Zbrodni i kary”. Popełnił on dwie zbrodnie – zabił starą lichwiarkę i jej siostrę. Chciał sprawdzić, do jakiej grupy społeczeństwa należy – wyższej czy niższej. Najbardziej dręczy go to, że jednak nie okazał się tak silny, jak sobie założył.

                                                                                                          Ewa

W spektaklu szczególnie poruszyła mnie gra aktora odtwarzającego postać Raskolnikowa. Za pomocą gestów i mimiki twarzy potrafił oddać sprzeczne uczucia targające tym bohaterem.

Ostatnia scena, w której Sonia podnosi z ziemi swego ukochanego, została przedstawiona w sposób podkreślający żarliwą wiarę Zofii Siemionownej. Dzięki tej scenie zrozumiałam ważną rolę przypowieści ewangelicznej w historii opowiedzianej przez Dostojewskiego.

                                                                                                          Katarzyna

Słowa Hymnu św. Pawła wygłoszone w ostatniej scenie spektaklu przez Sonię stanowią swego rodzaju wniosek, że tylko miłość może nas ocalić.

                                                                       Wojtek

Gra światłem powodowała zmianę klimatu i atmosfery przedstawienia. Najlepiej światło wyeksponowało emocjonalny charakter finalnej sceny, kiedy główny bohater przyznaje się do winy i bardzo cierpi z tego powodu. Leczy ból w ramionach zakochanej w zbrodniarzu Soni. Dziewczyna mówi o miłości z takim uczuciem, ze łzami w oczach, że widza przechodzą dreszcze.

                                                                                                          Aleksandra

Podobała mi się ekspresja aktorów, którym udało się opowiedzieć o emocjach bohaterów. Stanisław Melski, który wcielił się w postać Siemiona Marmieładowa, ojca Soni, bardzo przekonywająco zagrał tę postać. Jego sposób mówienia i gestykulacja odzwierciedlały zachowanie prawdziwego pijaka.

Z kolei aktor grający Swidrygajłowa złapał niesamowity kontakt z publicznością. Zwracał się do konkretnych osób, a mówiąc, patrzył im prosto w oczy… Aż robiło się nieswojo.

                                                                                                          Maja

Ekspresja, z jaką grali aktorzy, wciągała widza w ich emocje. Najbardziej przekonujący był aktor grający ojca Soni. Można było uwierzyć, że naprawdę jest pijany.

                                                                                                          Joanna

Spektakl był niesamowitym przeżyciem i lekcją życia. Najbardziej chwytającą za serce sceną był monolog Marmieładowa (granego przez Stanisława Melskiego). Pokazywał on prawdę o człowieku, drastyczną i poruszającą. Najlepiej widowisko podsumowują słowa starego pijaka: „Bo cierpienie, proszę pana, to wielka rzecz. W cierpieniu jest pewna idea”.

                                                                                                          Sylwia i Natalia

Aktorzy byli bardzo przekonujący. Najbardziej przekonał mnie Swidrygajłow, ponieważ odtwarzający go aktor miał bliski kontakt z publicznością. Momentami był przerażający, co czyniło jego postać bardzo realistyczną.

                                                                                                          Aleksandra

Zastanowiła mnie teoria, którą stworzył główny bohater. Według niej ludzie dzielą się na wyjątkowych i zwykłych. Mimo jej obalenia, uważam, że jest jak najbardziej prawdziwa.

                                                                                                          Marceli

Jestem pod wrażeniem okazywanych przez aktorów emocji, ich umiejętności „wejścia” w odtwarzane postacie. Byli blisko, obok nas. Wychodzili poza scenę i wygłaszali swoje kwestie wśród uczniów. Bardzo bym chciała, żeby takie wydarzenia były częściej organizowane przez naszą szkołę.

                                                                                              Joanna

 „ZBRODNIA I KARA”, A GDZIE ZBRODNIA? Spektakl „Zbrodnia i kara” w reżyserii Stanisława Melskiego niewątpliwie zaskoczył swoją kompozycją uczniów Liceum Ogólnokształcącego nr IV we Wrocławiu. Twórca sztuki wykorzystał końcową scenę powieści jako rozpoczęcie. Skupił się on na relacjach Raskolnikowa z otoczeniem. Oprócz tego pominął ważne wątki, a także usunął jedną z kluczowych postaci, jaką był Razumichin.

Zbrodnia została w oczywisty sposób zbagatelizowana, a całość sztuki skupiła się na wewnętrznych przeżyciach głównego bohatera po zbrodni. Możliwe, że reżyser takim rozwiązaniem chciał zaskoczyć widownię, skupiając się na innych aspektach aniżeli sama zbrodnia. Jednakże odniósł on odwrotny efekt, sprawiając, że widownia oglądała rozstrojonego psychicznie Raskolnikowa, tak naprawdę nie znając, bez wcześniejszego przeczytania powieści, powodu jego rozterek.

Pomimo wspomnianych wyżej aspektów, obsada aktorska oraz wykonanie całości spektaklu sprawiły dość dobre wrażenie.

Dagmara Rzepecka i Ewa Słota z II e

Powieść psychologiczna została przedstawiona w nietypowy sposób. Najważniejsze sceny z książki ukazywały relacje mordercy z innymi bohaterami. Na scenie występowali doświadczeni aktorzy, jak i również studenci przygotowujący się do tego zawodu. Dużym zaskoczeniem okazało się to, że w rolę Marmieładowa wcielił się reżyser. Występujący na scenie nie ograniczali się do „teatralnych desek” i nawiązywali kontakt z widzami. Uwagę męskiej części publiczności przyciągnęła Sonia, w której rolę wcieliła się Katarzyna Janiszewska. Dziewczęta zaś mogły podziwiać piękną sylwetkę Adama Turczyka, odgrywającego rolę Raskolnikowa. Na brawa zasłużyli również inni aktorzy. Wczuć się w panującą atmosferę pomagały gra świateł oraz muzyka, która idealnie wkomponowała się w toczącą się akcję. Spektakl trwał dwie godziny lekcyjne i został nagrodzony gromkimi brawami.

Kaja Deryło i Martyna Chruścicka z II e

Przedstawienie było przede wszystkim zaskakujące. Trzeba jednocześnie zaznaczyć, że prawdopodobnie z powodów technicznych sztuka została zrealizowana tak, a nie inaczej. Osoby, które nie czytały albo nie znały fabuły książki Dostojewskiego, miały niewielkie szanse, żeby cokolwiek zrozumieć. Z jednej strony był to bardzo ciekawy zabieg, ponieważ zaskakiwał i nie nudził widza, ale niektórych mocno dezorientował. Chociaż muszę przyznać, ze nawet dla mnie – osoby, która treść powieści zna dobrze - niektóre sceny były niezrozumiałe, np. kiedy podczas rozmowy Rodiona i Soni nagle wbiegła obłąkana Katarzyna, macocha Soni. W odbiorze sztuki przeszkadzało mi wyolbrzymienie jej problemów psychicznych, które w książce nie były aż tak wyeksponowane.

Do gry aktorskiej nie mam zastrzeżeń. Oczywiście zdarzały się pewne niedociągnięcia, ale zarówno sam reżyser, jak i aktorzy grający Porfirego, Swidrygajłowa i Rodiona spisali się znakomicie.

Przedstawienie odebrałam pozytywnie i cieszę się, ze mieliśmy okazję je obejrzeć.

Michalina Osieleniec z II d

Ciekawie przedstawiona została postać Soni. Odważny strój, który miała na sobie, doskonale oddawał jej zawód. Łóżko, które bliskie było złamania, trzymało publiczność w napięciu. Dobrze przedstawiony został Swidrygajłow, który podczas wygłaszania jednej ze swoich kwestii wyszedł na widownię - miało się wtedy wrażenie, że przemawia do uczennicy siedzącej na widowni (w powieści Dostojewskiego Swidrygajłow był człowiekiem z wyraźną słabością do młodych dziewczynek). Uwagę przykuwała również postać Katarzyny Iwanownej, którą wykreowano na osobę opętaną i niezrównoważoną psychicznie.

Daniel Kuzio z II d

Spektakl świetnie pokazywał stany emocjonalne Rodiona. Sny głównego bohatera były oddzielone od rzeczywistości zmianą muzyki i barwy światła. Dzięki temu zabiegowi widz mógł wniknąć w sposób myślenia Raskolnikowa i zobaczyć, o czym on śni.

Artur Nowakowski z II d

Na honory zasługuje aktorka grająca Sonię: za odwagę pokazania się w wyzywającym stroju, bardzo emocjonalne reakcje oraz wzruszający sposób, w jaki wyrecytowała przypowieść o  Łazarzu. Również aktor grający ojca Soni przykuł moją uwagę od początku do końca sceny. Wykrzyknienia, nagłe zmiany tonu głosu oraz sama postawa i wygląd „kazały” mi na niego patrzeć.

Rafał Stefaniak z II d



 

 





wtorek, 12 kwietnia 2016

4 kwietnia 2016 obejrzeliśmy w szkolnej auli widowisko poetycko-muzyczne na podstawie cyklu Trenów Jana Kochanowskiego. Spektakl wyreżyserował Stanisław Melski, choreografię opracowała Magdalena Majtyka, a muzykę napisali Izabela i Piotr Matuszewscy.

Swoimi wrażeniami ze spektaklu podzielili się uczniowie klas I i II a oraz I d i I e:

„Treny” Jana Kochanowskiego to diament polskiej literatury renesansu. Poeta zrewolucjonizował gatunek trenu, zawierając w swoich utworach poruszające treści, które uderzają, moim zdaniem, w serce każdego rodzica i chrześcijanina. W sztuce wyreżyserowanej przez Stanisława Melskiego zostało ukazane to, co w „Trenach” najważniejsze. Połączenie świetnej gry aktorskiej, odpowiedniej scenografii, a także oryginalnego i ciekawego pomysłu z wprowadzeniem na scenę postaci Urszulki sprawiło, że przeżyłem prawdziwą ucztę duchową.

                                                                                                          Mateusz

Jako oliwka mała pod wysokim sadem

Idzie z ziemie ku górze macierzyńskim śladem,

Jeszcze ani gałązek, ani listków rodząc […]

                               /Jan Kochanowski, „Tren V”/

Chyba nie da się opisać rozpaczy rodzica po stracie dziecka. Jednak Jan Kochanowski w „Trenach” usiłuje wyrazić swój ból, żal, gniew oraz zwątpienie w Boga po śmierci córki.

Spektakl teatralny oparty na cyklu renesansowych trenów wywarł na mnie duże wrażenie. Aktorzy perfekcyjnie zbudowali atmosferę melancholii. Umiejętną deklamacją, charakteryzującą się wzorową dykcją, trafnie wyrazili uczucia wpisane w wiersze poety.

                                                                                                          Natalia

W spektaklu najciekawsze rozwiązanie inscenizacyjne to sposób, w jaki rozdzielono świat żywych i świat umarłych. Postacie były ubrane w odmienny sposób – Kochanowscy na czarno, Orszula w białą sukienkę. Córka inaczej się też zachowywała – w przeciwieństwie do swoich zapłakanych rodziców była radosna i beztroska, tańczyła i śmiała się. Oznaczało to, że w Niebie jest bardzo szczęśliwa.

Spodobała mi się również oprawa muzyczna spektaklu. Akompaniament piosenek był nastrojowy, doskonale oddawał atmosferę smutku, a momentami rozpaczy. Aktorzy przepięknie śpiewali – słychać było w ich głosach emocje. Dodało to wymowie trenów głębi, ożywiło je, przybliżyło odbiorcom.

                                                                                                          Ewa

Bardzo podobało mi się, że „Treny” były nie tylko recytowane, ale też przedstawiane w postaci piosenek w bliskiej nam aranżacji.

Zrobiła na mnie wrażenie także znacząca kolorystyka kostiumów. Matka i ojciec byli ubrani w czarne stroje, co symbolizowało ich żałobę po stracie córki, natomiast dziewczynka miała białą, zwiewną sukienkę, co symbolizowało, że jest już niebiańskim duchem.

Kinga

Zwróciłem uwagę na umiejętne użycie światła – pokazywało ono, że osoba, którą w danym momencie oświetlono, jest teraz ważna. Podobało mi się, że aktorzy śpiewali – poprzez śpiew można wyrazić więcej różnorodnych emocji niż przy pomocy deklamacji.

                                                                                                          Tomek

Dźwięk był dobrej jakości, a gatunek muzyczny zbliżony do tego, który lubię.

                                                                                                          Filip

Widowisko poetycko-muzyczne w reżyserii Stanisława Melskiego urzekło widzów. Stało się to głównie za sprawą nastrojowej muzyki. Dużą rolę odegrała też gra świateł. Mogliśmy zrozumieć deklamowane utwory dzięki tłumaczeniu (jakby w przypisach – didaskaliach) archaizmów i licznych odniesień do mitologii antycznej.

Skromna scenografia i charakteryzacja ułatwiały skupienie się na słowie poetyckim. Zarówno partie wokalne, jak i deklamowane wiernie oddawały sens „Trenów” Kochanowskiego. Inscenizacja wywarła na nas duże wrażenie i chętnie zobaczyłybyśmy ją jeszcze raz.

                                                                                                     Michalina, Kalina, Marta

W inscenizacji Stanisława Melskiego najbardziej podobało mi się przedstawienie Urszuli oraz prostota scenografii. Reżyser zadbał o to, by na scenie znajdowało się tylko to, co niezbędne. Dzięki temu zwracałem uwagę przede wszystkim na to, co się mówi. Aktorka grająca Urszulkę potrafiła ukazać jej niewinność, dziecinność, zarówno poprzez gesty, ruch, jak i poprzez ubiór. Wprowadzenie postaci Urszulki to jeden z dwu głównych filarów przedstawienia.

                                                                                              Dawid

Podobał mi się pomysł z wtrąceniami tłumaczącymi niektóre elementy treści trenów. Były bardzo pomocne w zrozumieniu dawnych tekstów.

Jestem zaskoczona, że można tak interesująco zagrać „Treny”.

                                                                                              Kornelia

Na pewno na moje uznanie zasługuje gra świateł i umiejętne budowanie napięcia przez sposób śpiewu i recytacji. Czuć było smutek, żal, rozpacz, które chcieli przedstawić nam autorzy tego widowiska.

Nie podobało mi się natomiast to, że podczas recytowania przez aktora pełnych emocji utworów aktorka przerywała mu i tłumaczyła znaczenie archaizmów. Tłumaczyła nawet wyrazy zrozumiałe, robiąc z widzów debili.

                                                                                              Agnieszka 

Podobało mi się przeciwstawienie świata żywych i umarłych. W świecie żywych wszyscy byli przygnębieni i smutni. Natomiast w świecie zmarłych nie ma płaczu i smutku, jest tam tylko radość. Dlatego dziewczynka śmieje się, bawi, a matka poety jest spokojna, pełna mądrego dystansu.

Podobały mi się także wtrącone w tekst podstawowy objaśnienia mające na celu przybliżenie odbiorcy dawnych utworów. Wymowa niektórych z nich była humorystyczna, co, podobnie jak w opisanym wyżej ukazaniu radości życia pozagrobowego, pozwalało oderwać się trochę od przygnębiającego tematu śmierci.

                                   Bozhena

Co pomyślałam po obejrzeniu „Trenów”? Pomyślałam, że cokolwiek w życiu by się działo, nie należy się załamywać. Trzeba oswoić się z nową sytuacją, nawet jeśli to trudne zadanie… Tylko tyle? Nie, aż tyle!

Magda

Wyobraźmy sobie, że łączymy ze sobą „Treny” Kochanowskiego, teatr, lekcję polskiego, a to wszystko jeszcze oprószamy muzyką. Co z tego  może wyjść, zakalec? No niekoniecznie. Stanisławowi Melskiemu, czyli reżyserowi odmienionych „Trenów”, udało się przedstawić dość trudne i patetyczne w swojej istocie utwory Kochanowskiego w sposób zluzowany, bardziej młodzieżowy i bliższy dzisiejszemu widzowi, który prędzej poderwie głowę i uśmiechnie się do muzyki, aniżeli do smutnych, kojarzących się głównie ze szkolną ławką i belfrem trenów. Właśnie kluczem do sukcesu okazało się niebanalne podejście. Oczywiście nie obeszło się bez wpadek i drobnych błędów. Jednak mikrofony, które usztywniały aktorów i nie pozwalały im na ekspresję, kłuły w oczy i nie były w stanie wpłynąć negatywnie na całokształt spektaklu, opartego m.in. na genialnym pomyśle -  wprowadzeniu nauczyciela polskiego, który na bieżąco tłumaczył archaizmy, występujące w oryginale, wraz z całą ich gramatyką, czy też na prostej, aczkolwiek wyraźnej scenografii. Jestem zdecydowanie zaskoczony, że ktoś podjął się próby podźwignięcia trenów i temu komuś w dodatku udało się wszystko tak zgrać, że nawet, choć oczywiście z drobnymi fałszami, zagrało.  

Aleksander Ogrodnik z I e

Spektakl o trenach Kochanowskiego, tak gloryfikowany przez uczniów naszej szkoły, był ciekawy, choć nie uważam, że obył się bez wpadek. Pomysł na interpretację utworów był udany. Używam słowa „udany”, bo skomponowanie muzyki tak adekwatnej do przekazywanych emocji oraz z wyraźnym zaakcentowaniem punktu kulminacyjnego cyklu trenów jest nie lada sztuką. Jednak sądzę, że dobór niektórych wokalistów obnażył nieprofesjonalność spektaklu. Błędy techniczne śpiewu momentami odwracały moją uwagę od treści przedstawienia. Sam pomysł, interpretacja i gra aktorska były bez zarzutu. Jednak wyżej wymienione niedopatrzenia, i to w spektaklu stricte muzycznym, odebrały mi możliwość pełnej satysfakcji.

Magdalena Kołosowska z I e

 

 

 

 

 

 





sobota, 09 kwietnia 2016

Na to wydarzenie czekaliśmy od kilku tygodni. Wcześniej, podczas lekcji języka polskiego, nasi koledzy – Nataniel Gołąb i Bartosz Kaźmierczak – wykazali się najlepszą w klasie znajomością „Lalki” Bolesława Prusa i mieli nas reprezentować podczas finałowego turnieju w Liceum Ogólnokształcącym nr X. Zmagania finałowe odbyły się 7 marca w auli Dziesiątki przed dużo szerszą publicznością, bo nie tylko uczniów LO IV, ale i LO X. Przybyliśmy tam przed czasem, rozsiedliśmy się i czekaliśmy z niecierpliwością na rozpoczęcie wydarzenia. Zanim jednak ostatnie przygotowania dobiegły końca, nasza uwaga skupiła się na osobach przebranych w stroje z epoki. Ósemka licealistów, w tym dwie uczennice z klasy 2c, przebrała się za postaci występujące w powieści Bolesława Prusa. Magda Drozd jako Izabela Łęcka wraz z ojcem, czyli Aleksandrą Bem, pozowały do zdjęć, które chętnie robili im koledzy. Dziewczyny pozowały na tle z logami najlepszych i najdroższych światowych marek – miały przedsmak spaceru po czerwonym dywanie. Na mnie największe wrażenie zrobił strój Magdy, która miała na głowie piękny kapelusz, a na ramieniu futro. Wyglądała jak prawdziwa dama! Pożałowałam, że nie potrafiłam się przebrać. Niestety, w mojej szafie brakuje garderoby, która umożliwiłaby ciekawą stylizację... A może po prostu zabrakło mi wyobraźni?

Ale powróćmy do turnieju. Otóż w konkursie brało udział sześć osób, w tym czwórka uczniów naszej szkoły. Od początku byliśmy pewni zwycięstwa któregoś z klasowych kolegów. Dzięki dokładnemu omówieniu lektury na lekcjach polskiego byli przecież świetnie przygotowani.

Na samym początku zmagań zostały nam objaśnione ich zasady. Uczestnicy siedzieli z przodu, a po lewej stronie stała tablica, na której zapisywano punkty. Rozgrywkę prowadziła pani Alicja Badowska – organizatorka wydarzenia. Pierwsza konkurencja polegała na tym, iż każdy z uczestników miał odpowiedzieć na pytanie dotyczące konkretnego fragmentu „Lalki” odczytywanego przez kolegów i koleżanki z klasy 2e. Uczestnicy odpowiadali do mikrofonu, co stwarzało prawdziwie teleturniejową atmosferę. Gdy nie znali oni odpowiedzi, mieli możliwość otrzymania pomocy od swojej klasy. Niestety, ku naszemu rozczarowaniu, reprezentanci 2c nie otrzymali punktów. Jednak później sprawy potoczyły się lepiej. Zawodnicy szli niemal łeb w łeb, odpowiadając na większość pytań w pełni poprawnie. Jedno z ostatnich zadań w pierwszym etapie turnieju (do drugiego mogła przejść tylko trójka najlepszych) dotyczyło piosenki Jacka Kaczmarskiego pt. „Lalka, czyli polski pozytywizm”, którą wykonał zespół uczniów Liceum nr IV, z liderem Jakubem Żołyńskim na czele. Chłopak cieszy się w szkole dużą popularnością. Podczas jego występu dało się usłyszeć liczne pozytywne komentarze. „Wspaniałe wykonanie!” - wykrzyknęła jedna z koleżanek. Kuba jest wszechstronnie uzdolniony, niejednokrotnie słyszałam na przerwach w szkole zachwyty młodszych uczennic pod jego adresem. Jedna z pierwszoklasistek chwaliła się nawet swoim koleżankom, że… udało jej się poznać Jakuba.

Ale dajmy spokój Jakubowi i wróćmy do turnieju, bo z zaśpiewanym tekstem było związane ciekawe zadanie. Każdy z uczestników musiał zinterpretować wyróżniony fragment piosenki, to jest wskazać powieściowe wydarzenia, do których odnoszą się dane słowa z utworu Kaczmarskiego. Konkurencja wydawała się prosta, jednak za plecami słyszałam szepty i pytania rozmawiających między sobą uczniów. Chcieli pomóc  kolegom, ale nie bardzo wiedzieli jak. Ja sama głowiłam się, czego może dotyczyć kwestia:

Polacy żyją z Bożej łaski

Piastując myśli niedzisiejsze.

W szaradzie ułożonej żartem

Pogodnych wróżb nie widać wiele.

Ostatnim zadaniem w tej części konkursu było rozpoznanie rekwizytów „grających” w powieści Prusa, a przedstawionych na dużych, kolorowych rysunkach. Jeden z nich, obrazek ukazujący lokomotywę, wzbudził małe zamieszanie, ponieważ parowóz pojawia się zarówno jako zabawka, którą bawi się Rzecki, aranżując sklepową wystawę, jak również ciągnie prawdziwy pociąg, którym jechał Wokulski. Bartosz trafnie wskazał jedną z ról lokomotywy w „Lalce”, natomiast Natan rozpoznał tańczącą parę.

Przerwa, podliczenie punktów i okazało się, że wśród trójki uczestników, którzy zakwalifikowali się do finału, znalazł się Bartosz, przedstawiciel naszej klasy.
Kolejny etap nieco różnił się od poprzedniego. Między innymi oglądaliśmy sceny z filmu nakręconego na podstawie powieści Prusa, w którym trójka finalistów musiała wskazać momenty zmienione lub dodane przez scenarzystę. Inne zadanie polegało na dopasowaniu postaci z „Lalki” przedstawionych na obrazach do opisujących je fragmentów utworu. Zawodnicy musieli być świetnie przygotowani, ponieważ do tego zadania potrzebna była niemała wiedza o bohaterach.

Konkurs zakończył się remisem. Pierwsze miejsce zajęli wspólnie: Bartosz z klasy 2c oraz Julia, uczennica Liceum Ogólnokształcącego nr X. Byliśmy bardzo dumni z wyniku, gdyż od początku trzymaliśmy kciuki za naszego kolegę! Nagroda dla zwycięzców to książka „Lalki” autorstwa pani Badowskiej, ze specjalną dedykacją, gratulacje oraz celująca ocena z języka polskiego za udział w konkursie. Wydaje się, że nagroda skromna, jednak od samego zwycięzcy usłyszałam pozytywny komentarz na jej temat. „Ta ocena z polskiego bardzo mi się przyda” - wyznał zadowolony finalista. Szczerze gratulowaliśmy Bartkowi.

Warto było uczestniczyć w tym wydarzeniu. Zawodnicy dostarczyli nam wielu emocji. Konkurencje były bardzo ciekawe, więc myślę, że niejeden
z uczniów uzupełnił swoją wiedzę na temat treści „Lalki”. Ja także zwróciłam uwagę na epizody, których wcześniej nie zauważyłam. Był to między innymi sen Izabeli, którego znajomością popisał się w pierwszym etapie konkursu Nataniel. Mam nadzieję, że to nie ostatni taki turniej! Przed nami jeszcze sporo lektur do omówienia, więc może byłaby szansa dla innych na wykazanie się wiedzą.

Tekst - Agnieszka Sobolewska z 2c

Zdjęcia - Kamila Rezner z 2b w LO nr X, Joanna Karolczuk z 2c w LO nr IV





Ósemka licealistów przebrała się za postaci występujące w powieści Bolesława Prusa.



Wyglądała jak prawdziwa dama!

Uczestnicy siedzieli z przodu, a po lewej stronie stała tablica, na której zapisywano punkty.

W konkursie brało udział sześć osób, w tym czwórka uczniów naszej szkoły.

Chłopak cieszy się w szkole dużą popularnością.

Wśród trójki uczestników, którzy zakwalifikowali się do finału, znalazł się Bartosz, przedstawiciel naszej klasy.

Pierwsze miejsce zajęli wspólnie: Bartosz z klasy 2c oraz Julia, uczennica Liceum Ogólnokształcącego nr X.


 

 



sobota, 02 stycznia 2016

Na początku listopada 2015 roku, jak przystało na miesiąc duchów, obejrzeliśmy w Teatrze Polskim Dziady w reżyserii Michała Zadary. Spektakl był inscenizacją I, II i IV części dramatu Mickiewicza, które spajał wiersz Upiór.

Gra z grozą

        Inscenizacja Dziadów Michała Zadary to przede wszystkim horror, sztuka grozy, a także gra, zabawa z konwencją horroru realizowaną dziś głównie w tekstach filmowych.

        Czym jest horror? Jak czytamy w Wikipedii: To odmiana fantastyki polegająca na budowaniu świata przedstawionego na wzór rzeczywistości i praw nią rządzących po to, aby wprowadzić w jego obręb zjawiska kwestionujące te prawa i nie dające się wytłumaczyć bez odwoływania się do zjawisk nadprzyrodzonych. Celem horroru jest wywołanie u widza poczucia grozy, niepokoju lub obrzydzenia. Głównymi postaciami horrorów są zazwyczaj wampiry, demony, duchy. W zgodzie z tą definicją Zadara wprowadza widza w świat strachu, uruchamiając teatralne czary. Ich przykładem jest scena, w której Zosia unosi się nad sceną podpięta do sztankietu, bo przecież, jak napisał wieszcz:  ...przez wieczne lecąc bezdroże, ani wzbić się pod niebiosa, ani dotknąć ziemi nie może... Chór ptaków szarpiących Widmo złego pana też pojawia się na scenie pod postacią łątek. Z kolei w ostatnim akcie, w ciemnych ostępach podwileńskich borów stoi mały domek przypominający chatkę na kurzej nóżce –  jak z bajki o Jasiu i Małgosi. Wprawdzie nie mieszka w niej zła Baba Jaga, a na fasadzie jest zamieszczony krucyfiks, bo to dom unickiego ksiądza i jego dwójki dzieci. To tam zbłądził Gustaw rozpamiętujący nieszczęsną miłość do Maryli, to tu ukazuje swą podwójną ludzko-trupią naturę, a w finale  wzywa księdza, aby ten przywrócił obrzęd dziadów.

         Ale jak napisałam wcześniej, Dziady Zadary to także zabawa z konwencją horroru. Wydaje się udana, co można było zaobserwować na widowni, gdy młodzież podczas scen z duchami nie potrafiła opanować wybuchów śmiechu. Zgodnie z intencjami twórców, ponieważ widma zachowywały się zabawnie. Jak choćby Zosia, która fruwała w powietrzu i paliła papierosa, którego zabrała jednemu z uczestników obrzędu. Zosia jest tu współczesną dziewczyną, a jej wiarygodność potwierdza fakt, iż postać ta zapada w pamięć.

Nastrój tajemniczości i grozy inscenizatorzy wywołują także przy pomocy zabiegu zasłaniania twarzy aktorów światłocieniem. Chwilami miałam wrażenie, że w spektaklu więcej jest filmu niż teatru, a inscenizacja przypomina kręcony z ukrycia dokument.

Widowisko rozpoczyna się w olbrzymiej i pustej przestrzeni sceny. W centrum, na sofie leży okularnica zatopiona w lekturze. Po chwili zaczyna użalać się nad sobą, wykrzykując monolog Dziewicy. Reflektory eksponują sceniczne ściany, rury, przewody… Demonstracja realności teatralnego wydarzenia?

Na wstępie kolejnej części spektaklu na scenę zostają spuszczone sztuczne pnie drzew, spadają worki ze śmieciami, głośniki imitują dźwięki przyrody, a reflektory udają poświatę księżycową. Taki współczesny las – śmietnisko w naturze. Tu następuje zaskakujące i efektowne wejście, a raczej wjazd. Chór młodzieńców (z pobliskiej wsi?) wjeżdża do lasu…  w prawdziwym maluchu z halogenami na dachu. Guślarz  inicjuje szamański obrzęd. Trzaski, stuki i odgłosy kroków pointują kolejne etapy rytuału. Dreszcze idą…

Także pomysł na scenografię do kolejnej odsłony, czyli II części Dziadów, jest trafiony. W trakcie przerwy powstała dwupiętrowa budowla przypominająca niedokończoną konstrukcję z betonu. Pod tą prowizoryczną  kaplicą walają się zwały śmieci. Na piętrze szaman zbiera swoją ekipę, żeby biesiadować z widmami. Tajny obrzęd Guślarza odgrywany jest w ciemnościach, zgodnie z zaleceniami poety: Żadnej lampy, żadnej świecy. Na szczęście ktoś nagrywa wszystko kamerą. Skaczący i chwilami nieostry obraz transmitowany jest na ekrany po obu stronach sceny. Może reżyser chce wywołać u widza swego rodzaju trans sceniczny, aby wszedł w świat przedstawiony w sztuce bez oporu?

Scenografia, dźwięk, światło i nasza wyobraźnia podkręcana efektami specjalnymi przenoszą widza w świat grozy.  Ciarki na plecach, postacie zachowują się jak w prawdziwym horrorze, akcja szybko przenosi się z piętra na piętro, widma wywołują autentyczny popłoch na scenie i widowni. Choć obrzęd jest pogański, w chwilach krytycznych Guślarz chwyta kropidło i krzyż. Pogański szaman przemienia się w chrześcijańskiego egzorcystę. Porwana transmisja z wywołania duchów zdaje się być precyzyjnie wyreżyserowana. Znikające obrazy pobudzają wyobraźnię. Uczestnicy realnie odgrywają przerażenie.

Dziady Zadary to spektakl żywiołowy i mocny w swojej odsłonie. To performans skuteczny - ponieważ zjawiają się widma, ale jednocześnie szalony – w pomysłowości przedstawienia nierzeczywistości.   

                                                                  Oliwia Dalecka z II c

 

Młodzi starych nigdy nie zrozumieją, a starzy młodych nie docenią

        Spektakl Michała Zadary, Dziady, to przede wszystkim ukazanie różnic pokoleniowych, które pojawiają się w historii ludzkości od zawsze, dotyczą każdej generacji. Oglądając inscenizację w Teatrze Polskim, możemy zauważyć wiele scen świadczących o trafności takiej interpretacji spektaklu.  

        W pierwszej części sztuki ukazany jest problem odmiennego postrzegania śmierci przez młodych i starych. Według ludzi starszych pamięć o zmarłych jest czymś ważnym, gdyż czują oni bliskość nadejścia końca ich egzystencji. Dla ludzi młodych śmierć jest czymś odległym, na tyle odległym, że nie należy teraz się nią przejmować, tylko korzystać z życia. W życiu bowiem bardzo ważne jest doświadczenie nabywane z wiekiem. Dzięki niemu potrafimy ustalić, co jest dla nas najważniejsze, jednak aby zdać sobie z tego sprawę, musimy przebrnąć przez wiele ciężkich chwil. W inscenizacji Zadary świetnie obrazuje nam to scena ukazująca starca idącego z wnukiem na cmentarz. Opowiada on chłopcu, jak ciężki jest byt starego człowieka mającego świadomość, że stoi już nad grobem. Starość wydaje się dziadkowi tak trudna, że życzy dziecku, aby umarło młodo.

        Czwarta część Dziadów także przedstawia nam konflikt pokoleń. Najwyraźniej ukazuje go różna postawa Gustawa i Księdza wobec śmierci. Z powodu doświadczenia życiowego Ksiądz podchodzi do problemu Gustawa  obiektywnie. Nie potrafi zrozumieć młodzieńca rozpaczającego z powodu rozstania ze swoją ukochaną, gdyż on sam musiał  w życiu stawić czoło większym troskom. Śmierć odebrała mu ukochaną żonę i na jakiś czas zniszczyła jego spokojne i szczęśliwe życie. Potrafił jednak pokonać żal i smutek. Gustaw jednak nie słucha starca. Uważa, że nie mógł go spotkać większy dramat.  To zderzenie dwu odmiennych postaw świetnie obrazują słowa księdza, który mówi: „Ja swoje, a on swoje – nie widzi, nie słucha”. Młodzieniec dosłownie szaleje z zauroczenia ukochaną, która zostawiła go dla kogoś innego. Wciąż zmienia zdanie na temat swoich uczuć. Na przemian obwinia to siebie, to swoją wybrankę. Krótko mówiąc, potęguje tylko ból, który według bardziej doświadczonego życiowo duchownego już jest „przygaszony”. A „na cóż ból rozdrażniać w przygojonej ranie?”.

        Różnice pokoleń można zauważyć także w odczuwaniu empatii przez młodych i starych. Kapłan, dopóki uważał problem Gustawa za poważny, próbował mu pomóc za wszelką cenę. Choć Gustaw był człowiekiem brudnym, w podartych szatach, nie poczuł odrazy, lecz właśnie wynikający ze zrozumienia żal. Wiedział bowiem, iż każdego z nas może spotkać nieszczęście. Był więc gotów przyjąć nieznajomego i dziwnie się zachowującego obdartusa do swojego przytulnego domu, napoić i nakarmić. Natomiast córki duchownego tylko śmiały się z przybysza. Nie należy ich jednak winić i osądzać, gdyż żyjąc razem z kochającym ojcem w przytulnym domu, gdzie niczego im nie brakuje, nie rozumiały, jak ciężkie może być samotne życie. Ojciec jednak ostrzegł je: „Dzieci, będzie ten płakał, kto się z płaczu śmieje!”.

        Moim zdaniem to dorosłe zachowanie jest godne pochwały, gdyż pozwala racjonalnie spojrzeć na doczesność i podejmować rozważne decyzje, które będą miały pozytywny wpływ na nasze dalsze losy. Jednak osoby niedojrzałe nie potrafią, a może nie chcą tego zrozumieć, gdyż wiedzą, że może ich to ograniczać w realizowaniu swoich młodzieńczych zachcianek. Oznacza to że, różnice pomiędzy starszymi, ułożonymi, ustatkowanymi i młodymi, chcącymi żyć pełnią życia ludźmi nigdy nie znikną. Wynikają bowiem z innej perspektywy widzenia życia, z dystansu do świata bądź braku obiektywizmu. Dojrzałe, bardziej doświadczone osoby nigdy nie zgodzą się z niepokornym bytem, a zuchwała i niesforna młodzież dostrzeże sens w stateczności dopiero, gdy sama dorośnie. Mądre i rozważne zachowania są bowiem świadectwem naszej dorosłości.

Agata Potocka z II c

    

 

 



niedziela, 29 listopada 2015

W ramach tegorocznej wymiany  z hiszpańską szkołą,  Institut Pons d’Icart w Tarragonie, sześcioro uczniów z klasy II B zrealizowało projekt edukacyjny Miejsca, które mówią… Zadaniem uczestników było sporządzenie dokumentacji fotograficznej oraz opis wybranego miejsca w Hiszpanii. Szczegółowe informacje o projekcie na stronie: http://lo4.wroc.pl/projekt-edykacyjny-miejsca-ktore-mowia/ 


SZPITAL ŚW. PAWŁA

Miejscem, którego nigdy nie zapomnę i które wywarło na mnie niesamowite wrażenie, jest Szpital św. Krzysztofa i św. Pawła, a właściwie Szpital św. Pawła (L’Hospital de la Santa Creu i Sant Pau). Jest to zespół budynków zaprojektowanych przez Lluisa Domènecha i Montanera, przedstawicieli katalońskiej secesji. W 1401 roku połączono sześć szpitali i nadano im nazwę Szpital św. Krzyża. W XIX wieku rozwój miasta i postępy w medycynie wymusiły rozbudowę kompleksu, dzięki dofinansowaniu przez bankowca Pau Gila rozbudowę ukończono w 1930 roku. Na prośbę sponsora dodano do nazwy imię jego patrona - Pau. Od tej pory oficjalna nazwa  obiektu to Szpital św. Krzyża i św. Pawła.

Cały kompleks, składający się z budynku administracji i 27 pawilonów połączonych podziemnymi korytarzami w celu ułatwienia transportu chorych, został ozdobiony licznymi wieżyczkami, kopułami oraz bogatą dekoracją rzeźbiarską. Każdy pawilon jest inny. Całość kompleksu od miasta odgradza czarne rzeźbione ogrodzenie, które raz po raz przedziela wieżyczka z ozdobnymi figurkami. Budynki otacza przestrzeń, którą można nazwać ogrodem. Są tam ławki i ciekawe odmiany roślin, m.in. palmy i mandarynki. Przed głównym wejściem znajduje się miniatura szpitala w formie planu dla niewidomych turystów.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od budynku administracji, do którego prowadziły szerokie schody. W holu moją uwagę przykuł witraż w niebiesko-pomarańczowo-żółtych barwach. Po obu stronach holu znajdowały się biblioteki i sekretariat. W wydzielonej części kompleksu znajduje się także kaplica. Wnętrza każdej z części tego niesamowitego obiektu dopracowano do perfekcji, tak, aby w pełni odpowiadały potrzebom chorych, którzy tam byli leczeni.

Przykładem niech będzie sala operacyjna, którą mogliśmy zwiedzić. Kolorystyka pomieszczenia jest dość zimna, przeważa kolor zielony w różnych odcieniach. Na ścianach wiszą szare kurtyny, których zadaniem było oddzielenie pacjentów od siebie. Sufit wykonany został z zielonych błyszczących płytek, co daje ciekawy efekt. Na jednej ze ścian w centralnym punkcie wisi wielka czarno-biała fotografia, przedstawiająca autentyczny wygląd tego oddziału w dawnych czasach.

Nie wszystko mogliśmy zobaczyć, ale to, co widzieliśmy, zafascynowało mnie. Oryginalność i rozmach tego zabytku wywarły na mnie ogromne wrażenie. Klimat tego szczególnego obiektu uświadomił mi sens potrzeby inwestowania w miejsca, w których niesie się pomoc ludziom i ratuje im życie.

W mojej pamięci na długo pozostanie hologram na ścianie podziemnego tunelu, przedstawiający transport chorego! Oto siła medycyny, techniki i kultury w jednym!

                                                                  Tekst - Kamila Galert z II B

 

PALAU GUELL

Podróż do Hiszpanii była dla mnie czymś zupełnie nowym. Włączenie się w inną kulturę, krajobraz i mentalność pozwoliły na to, bym pod innym kątem spojrzała na wszystkie otaczające mnie rzeczy. Po zwiedzeniu i obejrzeniu kilku muzeów, katedry i innych zabytkowych barcelońskich atrakcji jedno miejsce szczególnie utkwiło mi w pamięci i sprowokowało mnie do refleksji. Jest to Park Guell, czyli duży ogród z elementami architektonicznymi w Barcelonie. Został zaprojektowany przez katalońskiego architekta Antonio Gaudiego na życzenie jego przyjaciela Eusebio Guella. Powstawał w latach 1900-1914. Najciekawszymi elementami parku są brama wejściowa z przyległymi do niej dwoma pawilonami, schody wejściowe z trzema wysepkami – pierwsza ma formę groty, druga węża na tle katalońskiej flagi (symbol mądrości), a trzecia salamandry (symbol Plutona),  Sala Kolumnowa, taras oraz dom - Palau Guell.

Największe wrażenie zrobił na mnie jego dach z przepięknymi kominami, które są mieszanką różnych stylów, niektóre z nich są ułożone mozaiką trencadis (kawałki potłuczonych płytek). Widok z dachu jest przepiękny, szczególnie podczas zachodu słońca. Gdy patrzy się z jednej strony, widać bogactwo i atrakcyjność miasta, jakim jest Barcelona, natomiast patrząc na drugą stronę, widzimy slumsy, dość abstrakcyjny widok z tak zamożnego domu. Właśnie ten krajobraz zapadł mi w pamięć - przepaść, jaką widać pomiędzy tymi dwoma wymiarami życia.

W mojej głowie kotłowały się myśli, wywołujące skrajne emocje, na przykład odrazę oraz zachwyt. Te silne kontrasty (z jednej strony złocenia, szalone kolory, luksus, z drugiej szare, brudne i obdrapane mury) sprawiły, że zaczęłam myśleć o życiu biednych i bogatych, sytych i głodnych, Europejczyków i uchodźców… Te widoki spowodowały też, że zaczęłam je odnosić do codziennych życiowych doświadczeń, np. doszłam do wniosku, że piękno wywołuje przyjemność, a brzydota smutek. Ale świat składa się przecież z obydwu tych aspektów.

Widok z dachu - coś tak błahego… A jednak pozwolił mi pomyśleć o ludzkiej codzienności, o życiu. Okazuje się, że czasem warto zwrócić uwagę na detale i zobaczyć coś więcej niż tylko piękną fasadę pałacu.

Tekst - Karolina Kulesza z II B

 

PILON’S STREET

Pilon’s Street to z pozoru jedna z wielu zwykłych ulic Tarragony. A jednak skrywa ona w sobie niespodziankę. Znajduje się w  starej części tego starożytnego miasta, ale jest arcynowoczesna. Moim zdaniem wyróżnia się najbardziej na tle innych ulic i uliczek. Dla wielu zwiedzających może stanowić spore zaskoczenie. Pilon’s Street charakteryzują różne kolorowe pylony (niewielkie słupki), rozmieszczone regularnie po dwóch stronach ulicy.

Pierwotnie miały zapobiegać parkowaniu aut, ale z czasem mieszkańcy ulicy postanowili nadać uroku swojej dzielnicy, ozdabiając każdy pylon charakterystycznym wzorem. Od tego czasu pylony nie tylko spełniają swoją podstawową funkcję, ale także nadają ulicy niepowtarzalny charakter. Mieszkańcy tej niezwykłej ulicy posiadają swoje własne pylony, które mogą udekorować wedle uznania, lecz większość stanowią wzory nawiązujące do tradycji i symboli lokalnej kultury (np. obraz słynnej tu Human Tower). Świadczy to o silnej więzi tarragończyków z ich miejscem zamieszkania i przywiązaniu do lokalnych tradycji. Budzi to mój podziw.

Każde z tych niezwykłych dzieł sztuki opowiadało mi inną historię, wyrażając się w formie oryginalnej kolorowej grafiki. Niesamowite jest to, że pylony nie są tworzone przez profesjonalnych  malarzy, ale przez zwykłych ludzi, wykonujących na co dzień różne zawody, niezwiązane ze sztuką. Pilon’s Street, oprócz przekazywania konkretnych treści widzom, mówią dodatkowo coś więcej. Mianowicie to, że każdy z nas, przy odrobinie zaangażowania i kreatywności, może stać się choć na chwilę artystą.

Pilon’s Street nie bez powodu jest jedną z najczęściej fotografowanych ulic w Tarragonie – nie sposób oprzeć się jej urokowi. Inicjatywa mieszkańców tchnęła w niegdyś brudną i szarą ulicę nowe życie. Takie niebanalne rozwiązania jak „street art” czynią codzienność piękną i niepowtarzalną, dlatego uważam, że powinno być ich coraz więcej. Kreatywność mieszkańców sprawiła, że Pilon’s Street stała się obowiązkowym punktem na mapie turysty zwiedzającego Tarragonę. Jeśli miałabym okazję, to na pewno wróciłabym w to miejsce nacieszyć oko nowymi dziełami tarragończyków.

Tekst - Martyna Kamińska z II B

 

PLAŻE TARRAGONY

Tarragońskie wybrzeże dla mnie jest czymś niezwykłym, mającym wiele do powiedzenia zwykłym ludziom, którzy nie spodziewając się jego piękna, przychodzą nań pełni zachwytu i zaskoczenia.

Wraz z grupą uczniów z hiszpańskiej szkoły udaliśmy się na ich  tradycyjny coroczny spacer, którego trasa wiedzie przez siedem plaż na Costa Brava. Nie spodziewając się niczego specjalnego (mimo iż kocham morskie pejzaże), wszedłem na pozornie zwyczajną plażę. Plaża była piękna, szeroka i równa, z regularnie pofałdowanym piaskiem i delikatnie szumiącymi falami cieplejszej od powietrza - jak się okazało - wody. Niebo tego dnia było czyste niczym szkło laboratoryjne. Jedynie subtelne cirrusy przysłaniały słońce, które delikatnie się przebijało, dodając jeszcze więcej uroku wybrzeżu.

Po krótkiej wędrówce piach zaczął ustępować skałom. Weszliśmy na kamienne podwyższenie, które było jakby narożnikiem większej powierzchni. Już wtedy wiedziałem, że skrywa się za nim coś niezwykłego, niebanalnego, coś, czego nie można spostrzec na pierwszy rzut oka z poziomu plaży. Bo cóż to by była za niezwykłość dostępna dla wszystkich? Wszedłem więc na ten skalny postument, ciekawy tego, co zaraz zobaczę. I oto ujrzałem ogromne fale, roztrzaskujące się o krawędzie przepięknego kremowego piaskowca, wysokiego na 20 metrów, urwanego jakby piorunem rozwścieczonego Zeusa. Pionowo w dół zdobiły go liczne wyżłobienia, pokryte brunatnozielonymi porostami, co czyniło go jeszcze piękniejszym.

Gdy to dostrzegłem, słońce zaczęło mocno świecić, jakby sugerując mi odpowiedź na pytanie, które miejsce najbardziej przemówiło do mnie w tej bajecznej krainie Cervantesa i Gaudiego. Owiany przyjemną morską bryzą muskającą skórę, otworzyłem oczy niemal tak szeroko jak usta, z których wydobyło się bezmyślnie ,,jaaaaaaa”.

Do dziś pamiętam każdy szczegół: kolor, cień, listek z tamtej skały - skały niezwyczajnej, bo pierwszej w moim życiu, która wprawiła mnie w zachwyt i naprawdę do mnie przemówiła...

Tekst - Mikołaj Żelazny z II B

 

SAGRADA FAMILIA

Pobyt w Hiszpanii umożliwił mi chwilowe zapomnienie o polskiej rzeczywistości i codziennych problemach. Tak odległa podróż i poznanie nowej kultury pomogły mi przemyśleć wiele spraw. Zwiedziliśmy różne ciekawe miejsca, lecz jedno szczególnie przykuło moją uwagę.

Sagrada Familia jest secesyjną świątynią rzymskokatolicką, zaprojektowaną przez Antoniego Gaudiego. Jest ona wciąż niewykończona, a jednak znajduje się na światowej liście dziedzictwa kulturowego UNESCO i stanowi symbol Barcelony. Jej budowa trwa już przeszło 100 lat! Została zapoczątkowana w 1882 roku i ciągnie się do dzisiaj. Planowane ukończenie ma nastąpić w 2026 roku (!) Po ukończeniu budowy Sagrada Familia stanie się najprawdopodobniej najwyższym kościołem na świecie.

Wszystkie elementy architektoniczne budowli, od fasady aż po liczbę wież, mają znaczenie symboliczne i swoje uzasadnienie w Biblii. Trzy fasady budynku przedstawiają życie Jezusa. Wschodnia, znajdująca się przy ulicy Carrer de Marina, poświęcona została narodzeniu i dzieciństwu Chrystusa. Mieszczą się tam trzy portale, symbolizujące wiarę, nadzieję i miłość. Zachodnia, od strony Carrer de Sardenya, przedstawia mękę Pańską. Zdobienia tej części kościoła zostały zaprojektowane po śmierci Gaudiego i wśród niektórych krytyków architektury budzą kontrowersje z powodu brutalnego i naturalistycznego sposobu przedstawienia bólu i agonii Chrystusa. Południowa, nazywana Fasadą Chwały, ukazuje dzieje Jezusa po zmartwychwstaniu. To tu, po ukończeniu budowy, ma się znajdować główne wejście. Cała budowla urzeka szczegółami, wykonanymi z niespotykaną precyzją. Jej monumentalność wywołuje niesamowite emocje. Można odnieść wrażenie, że wyłania się bezpośrednio z ziemi, tworząc widok zapierający dech w piersiach. Nie trzeba wchodzić do środka, żeby poczuć magiczną atmosferę tego wyjątkowego kościoła.

Wybrałam ten zabytek, będący popisem talentu i kunsztu artysty, ponieważ dla mnie bez wątpienia jest wizytówką nie tylko miasta, ale i całego kraju. Ciężko mi było oderwać od niego wzrok. Gdy podziwiałam go z zewnątrz, wydawało mi się, że przez chwilę znalazłam się w zupełnie innej rzeczywistości. Pomyślałam o tym, co dla człowieka jest naprawdę istotne. Ludzie często nie potrafią się zatrzymać, spieszą się nie wiadomo gdzie i po co. Ja pozwoliłam sobie na przemyślenie kilku spraw i odkryłam, że liczy się jakość, a nie ilość. Ważne jest to, kim jesteśmy i co pozostawiamy po sobie.

Poruszył mnie też fakt, że świątynia jest efektem pracy kilku pokoleń, zapoczątkowanym zaledwie przez jednego wielkiego architekta - Gaudiego. Zaskoczyła mnie interesująca forma kościoła, kojarząca się z bryłą ulepioną z gliny. Aż ciężko uwierzyć, że człowiek potrafił stworzyć coś, co tak ściśle współgra z naturą. Podobne widoki, które jednak były dziełem przyrody (powstały wskutek erozji), a nie człowieka, poznałam tylko w Kapadocji.

                                                         Tekst - Weronika Derecka z II B

 

PORT W BARCELONIE

Port w Barcelonie to największy port w Katalonii, trzeci pod względem wielkości w Hiszpanii oraz największy w Europie port wycieczkowy – jego powierzchnia wynosi ponad 10 km. Jest on podzielony na trzy części: Port Vell, Free Port i Port Olimpic. Ten ostatni wchodził w skład wioski olimpijskiej podczas Igrzysk w 1992 roku  (odbyły się tu np. zawody żeglarskie).

Posiada on także 10 terminali pasażerskich. Masz ochotę na zakupy? W takim razie jesteś w idealnym miejscu, centrum handlowe "Maremagnum" zaprasza. Wolisz kino? Żaden problem, kino także wchodzi w skład portu. Tak, to może robić wrażenie. Jednak widząc to miejsce po raz pierwszy, nie wiedziałam o nim zupełnie nic. Padło hasło: "idziemy do portu". Okej – pomyślałam –  miło będzie zobaczyć morze i odpocząć chwilę po zgiełku panującym na La Rambla. Ale do głowy mi nie przyszło, że to właśnie ten port będzie miejscem, które do mnie przemówi…

Pierwsze wrażenie? Jest naprawdę ogromny i od zgiełku tu raczej się nie odpocznie. Tłum ludzi – nic dziwnego, w końcu to Barcelona. W tamtej chwili jednak przestało mi to przeszkadzać.

Katalończycy to specyficzny naród. Można powiedzieć, że są przeciwieństwem Polaków. Posiadają bowiem niezbyt popularną w naszym kraju umiejętność: potrafią się cieszyć z życia. Z każdej małej rzeczy.

W pełni dotarło to do mnie właśnie w porcie. Barcelona to bardzo zróżnicowane kulturowo miasto, ale tym, co łączy wszystkich jej mieszkańców, jest radość. I ta radość udziela się innym. Tak trochę bez przyczyny zaczynamy czuć się dobrze. Znika stres, pojawia się relaks. Coś, co przed chwilą wydawało się nam trudne, teraz jest tylko ciekawym wyzwaniem. Zderzenie z tamtejszą kulturą sprawiło, iż zdałam sobie sprawę z tego, jak potrafimy sami sobie uprzykrzać życie. Martwimy się tym, co było, jest i będzie, tak naprawdę nie mając na nic wpływu. Marnujemy czas na kłótnie, często z osobami, na których zależy nam najbardziej. Ciągle gdzieś gonimy, choć mało kto zna odpowiedź dokąd. Żyjemy szybko, staramy się o jak największą ilość zer na koncie, nie dbając o to, co naprawdę wartościowe. Co z tego, że mamy piękną willę z basenem, skoro czasami nie znamy siebie nawzajem, a nawet sami siebie.

 Zatem co wybierasz? Ja już podjęłam decyzję. Dzięki za pomoc, Barcelono!

Tekst i zdjęcia - Joanna Jadaś z II B













Tagi
www.lo4.wroc.pl Tu podaj tekst alternatywny Tu podaj tekst alternatywny