zwycięski blog w projekcie Szkoła z poezją 2012
wtorek, 14 czerwca 2016

22 kwietnia 2016 roku sala 22 zmieniła się w młodopolską kawiarnię. Projekt został przygotowany przez klasę 2a pod opieką pani Doroty Żytkiewicz i służył podsumowaniu wiadomości z epoki.

Oprócz krakowskiej awangardy w kawiarence pojawili się również chłopi.



„Sami swoi polska szopa. I ja z chłopa i wy z chłopa” /Ksiądz w „Weselu” Wyspiańskiego/.

 

Młodopolscy poeci nie mogli się nadziwić osobliwym tradycjom i gwarze chłopskiej.

„Miałem kiedyś przyjaciół - może i nie miałem”.

 

Goście kawiarni mieli okazję do obejrzenia kilku krótkich scenek z życia chłopstwa,

a także do posłuchania monologu młodopolskiej famme fatale.



Jo tom w miście pirwszy ros” /Panna Młoda w „Weselu” Wyspiańskiego/.

 

„W umarłych bytów milczeniu głębokiem,

słychać jedynie Amen, moje straszne Amen.

O Boże miłosierny (…)” /„Dies irae” Jana Kasprowicza/.



„Tyś gospodarska córka z dziada pradziada nie żadne miejske pomietło”                    /„Chłopi” Władysława Reymonta/.

 



Dagny Przybyszewska o sobie: „U mnie w życiu nie ma nudy”.

 

 Nie zabrakło również cytatów z utworów modernistycznych.

Młodopolskie stowarzyszenie dekadentów: „Krążenie ludzi koło siebie jest podobne do krążenia koło siebie gwiazd - jest równie samotne i równie związane” /Kazimierz Przerwa-Tetmajer/.

 

Dagny i Stanisław Przybyszewscy: „Mówią o nas, że jesteśmy centralnymi postaciami światka krakowskiej bohemy".







 





 







czwartek, 09 czerwca 2016

Jakiś czas temu (20 lutego 2016) miałam ogromną przyjemność być na przedstawieniu realizowanym przez Teatr Polski, a mianowicie na „Dziadach” w reżyserii Michała Zadary. Pomyślałam, że jest to na tyle niesamowite i niecodzienne wydarzenie, że warto podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Chciałabym skupić się na zupełnie innym przedstawieniu klasyki Mickiewicza niż wcześniejsze, liczne spektakle.

Od samego początku część I dramatu zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Myślę, że nie skłamię, jeśli powiem, że każda osoba na widowni z zachwytem chłonęła każdy najmniejszy szczegół. Było zabawnie, wzruszająco, a przez chwilę nawet trochę strasznie. Salwy śmiechu wywołał Chór młodzieży, który wjechał na scenę samochodem. Dodatkowo każda osoba na scenie była ubrana, jakby mieszkała w dzielnicy największych „dresów” w PRL-u. Jednocześnie należy wspomnieć o Kacprze Kurysiu, który grał Dziecię i swoim wykonaniem Pieśni o Zaklętym Rycerzu wywołał łzy wzruszenia u niejednej osoby. Nic dziwnego, że w tempie błyskawicznym minęła pierwsza godzina przedstawienia.

II część dramatu jest dobrze znana każdemu Polakowi, jednak wciąż odrobinkę przerażająca i zaskakująca. Nie ma w tym nic dziwnego, przecież jest to część o wywoływaniu duchów o północy w ciemnej, niebezpiecznej przestrzeni cmentarnej. Jednakże w zamyśle reżysera i realizacji jest coś zabawnego, rozładowującego napięcie. Nie sposób się zorientować, kto boi się bardziej: my czy Guślarz, który jest obłąkany albo pod wpływem narkotyków (w tej roli fantastyczny Mariusz Kiljan), zresztą jak cała reszta obecnych. Chociaż i tak największą niespodzianką okazała się być zwisająca z sufitu pasterka Zosia, która paląc na scenie, śpiewa sprośną piosenkę, rozbawiając tym sposobem każdego widza do łez. Jest to zupełnie inne spojrzenie na klasykę, co wielu widzów oburza, ale idealnie wpasowuje się w dzisiejszą rzeczywistość, dlatego przyjemnie się II część „Dziadów” ogląda.

Po przerwie obiadowej nastąpiło to, na co czekał każdy. Może to było tylko moje odczucie, jednak III część „Dziadów” jest chyba najbardziej fascynująca, ale jednocześnie trudna, dlatego z podekscytowaniem czekałam, aby zobaczyć, jak poradził sobie reżyser z jej interpretacją. Oczywiście nie mogło być mowy o rozczarowaniu. Realizacja na najwyższym poziomie – dotyczyło to zarówno scenografii, jak i aktorstwa. Dla nikogo nie było zaskoczeniem, że Bartosz Porczyk w roli Konrada spełnił się całkowicie i udowodnił swój kunszt aktorski. Znowu na wspomnienie zasługuje Mariusz Kiljan, odtwórca roli księdza Piotra – interpretacja postaci została pogłębiona i uwydatniona przez tego aktora. W tej części dramatu nie było kontrowersji, może poza momentem oddawania moczu na scenie przez Konrada, co jak najbardziej jest naturalną potrzebą fizjologiczną.

Po fantastycznej części III przyszedł czas na część najbardziej znienawidzoną przez każdego licealistę, czyli Ustęp. Od tego fragmentu sztuki oczekiwałam najmniej, ponieważ najmniej mnie on interesował i to był największy błąd. Prawdopodobnie Ustęp to mój ulubiony fragment przedstawienia trwającego prawie czternaście godzin, a już na pewno najbardziej zaskakujący. Michał Zadara udowodnił swój geniusz, przedstawiając siedem wierszy jako muzyczno-wizualną kombinację. Wielkie brawa otrzymała kilkunastoletnia Julia Leszkiewicz, która bez pomyłki recytowała cały wiersz „Droga do Rosji”.

Na sam koniec została część IV, którą oglądało się najtrudniej. Po pierwsze przez zmęczenie, ponieważ była już godzina 12.00 w nocy, a po drugie ze względu na nieznajomość tekstu, gdyż nie jest to część przerabiana w całości w szkołach, a powinna być. Jednak nie sposób było się oprzeć pewnej magii i nastrojowi, który panował na scenie, a to dzięki Bartoszowi Porczykowi, który jako Konrad musiał zapamiętać prawie całą treść tego fragmentu dramatu, a swój monolog przerywał śpiewem i grą na pianinie, co wprowadziło widzów w magiczny nastrój.

Nie można zaprzeczyć, że Michał Zadara pokazał zupełnie inne spojrzenie na Mickiewiczowską klasykę. Większość, w tym ja, jest z tego powodu zachwycona, części, głównie zagorzałym profesorom, taka nowatorskość i swoboda zupełnie nie odpowiadają. Jednak według mnie największą zasługą reżysera jest ukazanie „Dziadów” jako całości, a nie oderwanych od siebie kawałków. Jestem przekonana, że przedstawienie poszczególnych części w kolejności numerowania zrewolucjonizuje sposób pokazywania, tłumaczenia oraz przerabiania dramatu w najbliższych latach. Każdemu, kto będzie miał okazję wybrać się na przedstawienie do Teatru Polskiego, gorąco polecam, ponieważ obejrzenie dramatu w całości to wyjątkowe i niesamowite przeżycie.

Michalina Osieleniec z II d



niedziela, 05 czerwca 2016

28 kwietnia 2016 roku obejrzeliśmy w szkolnej auli teatralną adaptację Zbrodni i kary Fiodora Dostojewskiego. Spektakl wyreżyserował Stanisław Melski, scenografię i kostiumy zaprojektowała Zofia de Ines, a muzykę napisał Piotr Matuszewski.

Swoimi wrażeniami ze spektaklu podzielili się uczniowie kl. II a, II c, II d i II e.

Spektakl na podstawie powieści Fiodora Dostojewskiego zachwycił uczniów naszej szkoły. Dla jednych wydarzenie było syntezą wiadomości o lekturze, dla innych zachętą do jej przeczytania. Znakomite aktorstwo (szczególnie samego reżysera oraz odtwórcy roli Swidrygajłowa – Dariusza Maja), świetnie dobrana, podkreślająca klimat muzyka oraz wyrazista choć minimalistyczna scenografia sprawiły, że zapamiętam to przedstawienie jako działające na emocje i wyobraźnię.

                                                                                              Wiktoria

Inicjująca spektakl scena z Marmieładowem dała nam już na wstępie do zrozumienia, że akcenty zostaną rozłożone inaczej niż w powieści. Kluczowy był motyw cierpienia. Cierpiał każdy, z różnych przyczyn. Oglądając inscenizację, czuliśmy się wręcz przytłoczeni problemami bohaterów.

Funkcjonalnym i pomysłowym rozwiązaniem było zastosowanie kompozycji szopkowej. Nakładaniu się scen towarzyszyło nakładanie się problemów.

Magdalena

Bardzo wyraziście zostało pokazane, że zbrodniarz nie jest w stanie poradzić sobie z udręczającymi go myślami. Zaczyna się obwiniać, wręcz wariować. Tak zachowywał się Raskolnikow, bohater „Zbrodni i kary”. Popełnił on dwie zbrodnie – zabił starą lichwiarkę i jej siostrę. Chciał sprawdzić, do jakiej grupy społeczeństwa należy – wyższej czy niższej. Najbardziej dręczy go to, że jednak nie okazał się tak silny, jak sobie założył.

                                                                                                          Ewa

W spektaklu szczególnie poruszyła mnie gra aktora odtwarzającego postać Raskolnikowa. Za pomocą gestów i mimiki twarzy potrafił oddać sprzeczne uczucia targające tym bohaterem.

Ostatnia scena, w której Sonia podnosi z ziemi swego ukochanego, została przedstawiona w sposób podkreślający żarliwą wiarę Zofii Siemionownej. Dzięki tej scenie zrozumiałam ważną rolę przypowieści ewangelicznej w historii opowiedzianej przez Dostojewskiego.

                                                                                                          Katarzyna

Słowa Hymnu św. Pawła wygłoszone w ostatniej scenie spektaklu przez Sonię stanowią swego rodzaju wniosek, że tylko miłość może nas ocalić.

                                                                       Wojtek

Gra światłem powodowała zmianę klimatu i atmosfery przedstawienia. Najlepiej światło wyeksponowało emocjonalny charakter finalnej sceny, kiedy główny bohater przyznaje się do winy i bardzo cierpi z tego powodu. Leczy ból w ramionach zakochanej w zbrodniarzu Soni. Dziewczyna mówi o miłości z takim uczuciem, ze łzami w oczach, że widza przechodzą dreszcze.

                                                                                                          Aleksandra

Podobała mi się ekspresja aktorów, którym udało się opowiedzieć o emocjach bohaterów. Stanisław Melski, który wcielił się w postać Siemiona Marmieładowa, ojca Soni, bardzo przekonywająco zagrał tę postać. Jego sposób mówienia i gestykulacja odzwierciedlały zachowanie prawdziwego pijaka.

Z kolei aktor grający Swidrygajłowa złapał niesamowity kontakt z publicznością. Zwracał się do konkretnych osób, a mówiąc, patrzył im prosto w oczy… Aż robiło się nieswojo.

                                                                                                          Maja

Ekspresja, z jaką grali aktorzy, wciągała widza w ich emocje. Najbardziej przekonujący był aktor grający ojca Soni. Można było uwierzyć, że naprawdę jest pijany.

                                                                                                          Joanna

Spektakl był niesamowitym przeżyciem i lekcją życia. Najbardziej chwytającą za serce sceną był monolog Marmieładowa (granego przez Stanisława Melskiego). Pokazywał on prawdę o człowieku, drastyczną i poruszającą. Najlepiej widowisko podsumowują słowa starego pijaka: „Bo cierpienie, proszę pana, to wielka rzecz. W cierpieniu jest pewna idea”.

                                                                                                          Sylwia i Natalia

Aktorzy byli bardzo przekonujący. Najbardziej przekonał mnie Swidrygajłow, ponieważ odtwarzający go aktor miał bliski kontakt z publicznością. Momentami był przerażający, co czyniło jego postać bardzo realistyczną.

                                                                                                          Aleksandra

Zastanowiła mnie teoria, którą stworzył główny bohater. Według niej ludzie dzielą się na wyjątkowych i zwykłych. Mimo jej obalenia, uważam, że jest jak najbardziej prawdziwa.

                                                                                                          Marceli

Jestem pod wrażeniem okazywanych przez aktorów emocji, ich umiejętności „wejścia” w odtwarzane postacie. Byli blisko, obok nas. Wychodzili poza scenę i wygłaszali swoje kwestie wśród uczniów. Bardzo bym chciała, żeby takie wydarzenia były częściej organizowane przez naszą szkołę.

                                                                                              Joanna

 „ZBRODNIA I KARA”, A GDZIE ZBRODNIA? Spektakl „Zbrodnia i kara” w reżyserii Stanisława Melskiego niewątpliwie zaskoczył swoją kompozycją uczniów Liceum Ogólnokształcącego nr IV we Wrocławiu. Twórca sztuki wykorzystał końcową scenę powieści jako rozpoczęcie. Skupił się on na relacjach Raskolnikowa z otoczeniem. Oprócz tego pominął ważne wątki, a także usunął jedną z kluczowych postaci, jaką był Razumichin.

Zbrodnia została w oczywisty sposób zbagatelizowana, a całość sztuki skupiła się na wewnętrznych przeżyciach głównego bohatera po zbrodni. Możliwe, że reżyser takim rozwiązaniem chciał zaskoczyć widownię, skupiając się na innych aspektach aniżeli sama zbrodnia. Jednakże odniósł on odwrotny efekt, sprawiając, że widownia oglądała rozstrojonego psychicznie Raskolnikowa, tak naprawdę nie znając, bez wcześniejszego przeczytania powieści, powodu jego rozterek.

Pomimo wspomnianych wyżej aspektów, obsada aktorska oraz wykonanie całości spektaklu sprawiły dość dobre wrażenie.

Dagmara Rzepecka i Ewa Słota z II e

Powieść psychologiczna została przedstawiona w nietypowy sposób. Najważniejsze sceny z książki ukazywały relacje mordercy z innymi bohaterami. Na scenie występowali doświadczeni aktorzy, jak i również studenci przygotowujący się do tego zawodu. Dużym zaskoczeniem okazało się to, że w rolę Marmieładowa wcielił się reżyser. Występujący na scenie nie ograniczali się do „teatralnych desek” i nawiązywali kontakt z widzami. Uwagę męskiej części publiczności przyciągnęła Sonia, w której rolę wcieliła się Katarzyna Janiszewska. Dziewczęta zaś mogły podziwiać piękną sylwetkę Adama Turczyka, odgrywającego rolę Raskolnikowa. Na brawa zasłużyli również inni aktorzy. Wczuć się w panującą atmosferę pomagały gra świateł oraz muzyka, która idealnie wkomponowała się w toczącą się akcję. Spektakl trwał dwie godziny lekcyjne i został nagrodzony gromkimi brawami.

Kaja Deryło i Martyna Chruścicka z II e

Przedstawienie było przede wszystkim zaskakujące. Trzeba jednocześnie zaznaczyć, że prawdopodobnie z powodów technicznych sztuka została zrealizowana tak, a nie inaczej. Osoby, które nie czytały albo nie znały fabuły książki Dostojewskiego, miały niewielkie szanse, żeby cokolwiek zrozumieć. Z jednej strony był to bardzo ciekawy zabieg, ponieważ zaskakiwał i nie nudził widza, ale niektórych mocno dezorientował. Chociaż muszę przyznać, ze nawet dla mnie – osoby, która treść powieści zna dobrze - niektóre sceny były niezrozumiałe, np. kiedy podczas rozmowy Rodiona i Soni nagle wbiegła obłąkana Katarzyna, macocha Soni. W odbiorze sztuki przeszkadzało mi wyolbrzymienie jej problemów psychicznych, które w książce nie były aż tak wyeksponowane.

Do gry aktorskiej nie mam zastrzeżeń. Oczywiście zdarzały się pewne niedociągnięcia, ale zarówno sam reżyser, jak i aktorzy grający Porfirego, Swidrygajłowa i Rodiona spisali się znakomicie.

Przedstawienie odebrałam pozytywnie i cieszę się, ze mieliśmy okazję je obejrzeć.

Michalina Osieleniec z II d

Ciekawie przedstawiona została postać Soni. Odważny strój, który miała na sobie, doskonale oddawał jej zawód. Łóżko, które bliskie było złamania, trzymało publiczność w napięciu. Dobrze przedstawiony został Swidrygajłow, który podczas wygłaszania jednej ze swoich kwestii wyszedł na widownię - miało się wtedy wrażenie, że przemawia do uczennicy siedzącej na widowni (w powieści Dostojewskiego Swidrygajłow był człowiekiem z wyraźną słabością do młodych dziewczynek). Uwagę przykuwała również postać Katarzyny Iwanownej, którą wykreowano na osobę opętaną i niezrównoważoną psychicznie.

Daniel Kuzio z II d

Spektakl świetnie pokazywał stany emocjonalne Rodiona. Sny głównego bohatera były oddzielone od rzeczywistości zmianą muzyki i barwy światła. Dzięki temu zabiegowi widz mógł wniknąć w sposób myślenia Raskolnikowa i zobaczyć, o czym on śni.

Artur Nowakowski z II d

Na honory zasługuje aktorka grająca Sonię: za odwagę pokazania się w wyzywającym stroju, bardzo emocjonalne reakcje oraz wzruszający sposób, w jaki wyrecytowała przypowieść o  Łazarzu. Również aktor grający ojca Soni przykuł moją uwagę od początku do końca sceny. Wykrzyknienia, nagłe zmiany tonu głosu oraz sama postawa i wygląd „kazały” mi na niego patrzeć.

Rafał Stefaniak z II d



 

 





wtorek, 12 kwietnia 2016

4 kwietnia 2016 obejrzeliśmy w szkolnej auli widowisko poetycko-muzyczne na podstawie cyklu Trenów Jana Kochanowskiego. Spektakl wyreżyserował Stanisław Melski, choreografię opracowała Magdalena Majtyka, a muzykę napisali Izabela i Piotr Matuszewscy.

Swoimi wrażeniami ze spektaklu podzielili się uczniowie klas I i II a oraz I d i I e:

„Treny” Jana Kochanowskiego to diament polskiej literatury renesansu. Poeta zrewolucjonizował gatunek trenu, zawierając w swoich utworach poruszające treści, które uderzają, moim zdaniem, w serce każdego rodzica i chrześcijanina. W sztuce wyreżyserowanej przez Stanisława Melskiego zostało ukazane to, co w „Trenach” najważniejsze. Połączenie świetnej gry aktorskiej, odpowiedniej scenografii, a także oryginalnego i ciekawego pomysłu z wprowadzeniem na scenę postaci Urszulki sprawiło, że przeżyłem prawdziwą ucztę duchową.

                                                                                                          Mateusz

Jako oliwka mała pod wysokim sadem

Idzie z ziemie ku górze macierzyńskim śladem,

Jeszcze ani gałązek, ani listków rodząc […]

                               /Jan Kochanowski, „Tren V”/

Chyba nie da się opisać rozpaczy rodzica po stracie dziecka. Jednak Jan Kochanowski w „Trenach” usiłuje wyrazić swój ból, żal, gniew oraz zwątpienie w Boga po śmierci córki.

Spektakl teatralny oparty na cyklu renesansowych trenów wywarł na mnie duże wrażenie. Aktorzy perfekcyjnie zbudowali atmosferę melancholii. Umiejętną deklamacją, charakteryzującą się wzorową dykcją, trafnie wyrazili uczucia wpisane w wiersze poety.

                                                                                                          Natalia

W spektaklu najciekawsze rozwiązanie inscenizacyjne to sposób, w jaki rozdzielono świat żywych i świat umarłych. Postacie były ubrane w odmienny sposób – Kochanowscy na czarno, Orszula w białą sukienkę. Córka inaczej się też zachowywała – w przeciwieństwie do swoich zapłakanych rodziców była radosna i beztroska, tańczyła i śmiała się. Oznaczało to, że w Niebie jest bardzo szczęśliwa.

Spodobała mi się również oprawa muzyczna spektaklu. Akompaniament piosenek był nastrojowy, doskonale oddawał atmosferę smutku, a momentami rozpaczy. Aktorzy przepięknie śpiewali – słychać było w ich głosach emocje. Dodało to wymowie trenów głębi, ożywiło je, przybliżyło odbiorcom.

                                                                                                          Ewa

Bardzo podobało mi się, że „Treny” były nie tylko recytowane, ale też przedstawiane w postaci piosenek w bliskiej nam aranżacji.

Zrobiła na mnie wrażenie także znacząca kolorystyka kostiumów. Matka i ojciec byli ubrani w czarne stroje, co symbolizowało ich żałobę po stracie córki, natomiast dziewczynka miała białą, zwiewną sukienkę, co symbolizowało, że jest już niebiańskim duchem.

Kinga

Zwróciłem uwagę na umiejętne użycie światła – pokazywało ono, że osoba, którą w danym momencie oświetlono, jest teraz ważna. Podobało mi się, że aktorzy śpiewali – poprzez śpiew można wyrazić więcej różnorodnych emocji niż przy pomocy deklamacji.

                                                                                                          Tomek

Dźwięk był dobrej jakości, a gatunek muzyczny zbliżony do tego, który lubię.

                                                                                                          Filip

Widowisko poetycko-muzyczne w reżyserii Stanisława Melskiego urzekło widzów. Stało się to głównie za sprawą nastrojowej muzyki. Dużą rolę odegrała też gra świateł. Mogliśmy zrozumieć deklamowane utwory dzięki tłumaczeniu (jakby w przypisach – didaskaliach) archaizmów i licznych odniesień do mitologii antycznej.

Skromna scenografia i charakteryzacja ułatwiały skupienie się na słowie poetyckim. Zarówno partie wokalne, jak i deklamowane wiernie oddawały sens „Trenów” Kochanowskiego. Inscenizacja wywarła na nas duże wrażenie i chętnie zobaczyłybyśmy ją jeszcze raz.

                                                                                                     Michalina, Kalina, Marta

W inscenizacji Stanisława Melskiego najbardziej podobało mi się przedstawienie Urszuli oraz prostota scenografii. Reżyser zadbał o to, by na scenie znajdowało się tylko to, co niezbędne. Dzięki temu zwracałem uwagę przede wszystkim na to, co się mówi. Aktorka grająca Urszulkę potrafiła ukazać jej niewinność, dziecinność, zarówno poprzez gesty, ruch, jak i poprzez ubiór. Wprowadzenie postaci Urszulki to jeden z dwu głównych filarów przedstawienia.

                                                                                              Dawid

Podobał mi się pomysł z wtrąceniami tłumaczącymi niektóre elementy treści trenów. Były bardzo pomocne w zrozumieniu dawnych tekstów.

Jestem zaskoczona, że można tak interesująco zagrać „Treny”.

                                                                                              Kornelia

Na pewno na moje uznanie zasługuje gra świateł i umiejętne budowanie napięcia przez sposób śpiewu i recytacji. Czuć było smutek, żal, rozpacz, które chcieli przedstawić nam autorzy tego widowiska.

Nie podobało mi się natomiast to, że podczas recytowania przez aktora pełnych emocji utworów aktorka przerywała mu i tłumaczyła znaczenie archaizmów. Tłumaczyła nawet wyrazy zrozumiałe, robiąc z widzów debili.

                                                                                              Agnieszka 

Podobało mi się przeciwstawienie świata żywych i umarłych. W świecie żywych wszyscy byli przygnębieni i smutni. Natomiast w świecie zmarłych nie ma płaczu i smutku, jest tam tylko radość. Dlatego dziewczynka śmieje się, bawi, a matka poety jest spokojna, pełna mądrego dystansu.

Podobały mi się także wtrącone w tekst podstawowy objaśnienia mające na celu przybliżenie odbiorcy dawnych utworów. Wymowa niektórych z nich była humorystyczna, co, podobnie jak w opisanym wyżej ukazaniu radości życia pozagrobowego, pozwalało oderwać się trochę od przygnębiającego tematu śmierci.

                                   Bozhena

Co pomyślałam po obejrzeniu „Trenów”? Pomyślałam, że cokolwiek w życiu by się działo, nie należy się załamywać. Trzeba oswoić się z nową sytuacją, nawet jeśli to trudne zadanie… Tylko tyle? Nie, aż tyle!

Magda

Wyobraźmy sobie, że łączymy ze sobą „Treny” Kochanowskiego, teatr, lekcję polskiego, a to wszystko jeszcze oprószamy muzyką. Co z tego  może wyjść, zakalec? No niekoniecznie. Stanisławowi Melskiemu, czyli reżyserowi odmienionych „Trenów”, udało się przedstawić dość trudne i patetyczne w swojej istocie utwory Kochanowskiego w sposób zluzowany, bardziej młodzieżowy i bliższy dzisiejszemu widzowi, który prędzej poderwie głowę i uśmiechnie się do muzyki, aniżeli do smutnych, kojarzących się głównie ze szkolną ławką i belfrem trenów. Właśnie kluczem do sukcesu okazało się niebanalne podejście. Oczywiście nie obeszło się bez wpadek i drobnych błędów. Jednak mikrofony, które usztywniały aktorów i nie pozwalały im na ekspresję, kłuły w oczy i nie były w stanie wpłynąć negatywnie na całokształt spektaklu, opartego m.in. na genialnym pomyśle -  wprowadzeniu nauczyciela polskiego, który na bieżąco tłumaczył archaizmy, występujące w oryginale, wraz z całą ich gramatyką, czy też na prostej, aczkolwiek wyraźnej scenografii. Jestem zdecydowanie zaskoczony, że ktoś podjął się próby podźwignięcia trenów i temu komuś w dodatku udało się wszystko tak zgrać, że nawet, choć oczywiście z drobnymi fałszami, zagrało.  

Aleksander Ogrodnik z I e

Spektakl o trenach Kochanowskiego, tak gloryfikowany przez uczniów naszej szkoły, był ciekawy, choć nie uważam, że obył się bez wpadek. Pomysł na interpretację utworów był udany. Używam słowa „udany”, bo skomponowanie muzyki tak adekwatnej do przekazywanych emocji oraz z wyraźnym zaakcentowaniem punktu kulminacyjnego cyklu trenów jest nie lada sztuką. Jednak sądzę, że dobór niektórych wokalistów obnażył nieprofesjonalność spektaklu. Błędy techniczne śpiewu momentami odwracały moją uwagę od treści przedstawienia. Sam pomysł, interpretacja i gra aktorska były bez zarzutu. Jednak wyżej wymienione niedopatrzenia, i to w spektaklu stricte muzycznym, odebrały mi możliwość pełnej satysfakcji.

Magdalena Kołosowska z I e

 

 

 

 

 

 





sobota, 09 kwietnia 2016

Na to wydarzenie czekaliśmy od kilku tygodni. Wcześniej, podczas lekcji języka polskiego, nasi koledzy – Nataniel Gołąb i Bartosz Kaźmierczak – wykazali się najlepszą w klasie znajomością „Lalki” Bolesława Prusa i mieli nas reprezentować podczas finałowego turnieju w Liceum Ogólnokształcącym nr X. Zmagania finałowe odbyły się 7 marca w auli Dziesiątki przed dużo szerszą publicznością, bo nie tylko uczniów LO IV, ale i LO X. Przybyliśmy tam przed czasem, rozsiedliśmy się i czekaliśmy z niecierpliwością na rozpoczęcie wydarzenia. Zanim jednak ostatnie przygotowania dobiegły końca, nasza uwaga skupiła się na osobach przebranych w stroje z epoki. Ósemka licealistów, w tym dwie uczennice z klasy 2c, przebrała się za postaci występujące w powieści Bolesława Prusa. Magda Drozd jako Izabela Łęcka wraz z ojcem, czyli Aleksandrą Bem, pozowały do zdjęć, które chętnie robili im koledzy. Dziewczyny pozowały na tle z logami najlepszych i najdroższych światowych marek – miały przedsmak spaceru po czerwonym dywanie. Na mnie największe wrażenie zrobił strój Magdy, która miała na głowie piękny kapelusz, a na ramieniu futro. Wyglądała jak prawdziwa dama! Pożałowałam, że nie potrafiłam się przebrać. Niestety, w mojej szafie brakuje garderoby, która umożliwiłaby ciekawą stylizację... A może po prostu zabrakło mi wyobraźni?

Ale powróćmy do turnieju. Otóż w konkursie brało udział sześć osób, w tym czwórka uczniów naszej szkoły. Od początku byliśmy pewni zwycięstwa któregoś z klasowych kolegów. Dzięki dokładnemu omówieniu lektury na lekcjach polskiego byli przecież świetnie przygotowani.

Na samym początku zmagań zostały nam objaśnione ich zasady. Uczestnicy siedzieli z przodu, a po lewej stronie stała tablica, na której zapisywano punkty. Rozgrywkę prowadziła pani Alicja Badowska – organizatorka wydarzenia. Pierwsza konkurencja polegała na tym, iż każdy z uczestników miał odpowiedzieć na pytanie dotyczące konkretnego fragmentu „Lalki” odczytywanego przez kolegów i koleżanki z klasy 2e. Uczestnicy odpowiadali do mikrofonu, co stwarzało prawdziwie teleturniejową atmosferę. Gdy nie znali oni odpowiedzi, mieli możliwość otrzymania pomocy od swojej klasy. Niestety, ku naszemu rozczarowaniu, reprezentanci 2c nie otrzymali punktów. Jednak później sprawy potoczyły się lepiej. Zawodnicy szli niemal łeb w łeb, odpowiadając na większość pytań w pełni poprawnie. Jedno z ostatnich zadań w pierwszym etapie turnieju (do drugiego mogła przejść tylko trójka najlepszych) dotyczyło piosenki Jacka Kaczmarskiego pt. „Lalka, czyli polski pozytywizm”, którą wykonał zespół uczniów Liceum nr IV, z liderem Jakubem Żołyńskim na czele. Chłopak cieszy się w szkole dużą popularnością. Podczas jego występu dało się usłyszeć liczne pozytywne komentarze. „Wspaniałe wykonanie!” - wykrzyknęła jedna z koleżanek. Kuba jest wszechstronnie uzdolniony, niejednokrotnie słyszałam na przerwach w szkole zachwyty młodszych uczennic pod jego adresem. Jedna z pierwszoklasistek chwaliła się nawet swoim koleżankom, że… udało jej się poznać Jakuba.

Ale dajmy spokój Jakubowi i wróćmy do turnieju, bo z zaśpiewanym tekstem było związane ciekawe zadanie. Każdy z uczestników musiał zinterpretować wyróżniony fragment piosenki, to jest wskazać powieściowe wydarzenia, do których odnoszą się dane słowa z utworu Kaczmarskiego. Konkurencja wydawała się prosta, jednak za plecami słyszałam szepty i pytania rozmawiających między sobą uczniów. Chcieli pomóc  kolegom, ale nie bardzo wiedzieli jak. Ja sama głowiłam się, czego może dotyczyć kwestia:

Polacy żyją z Bożej łaski

Piastując myśli niedzisiejsze.

W szaradzie ułożonej żartem

Pogodnych wróżb nie widać wiele.

Ostatnim zadaniem w tej części konkursu było rozpoznanie rekwizytów „grających” w powieści Prusa, a przedstawionych na dużych, kolorowych rysunkach. Jeden z nich, obrazek ukazujący lokomotywę, wzbudził małe zamieszanie, ponieważ parowóz pojawia się zarówno jako zabawka, którą bawi się Rzecki, aranżując sklepową wystawę, jak również ciągnie prawdziwy pociąg, którym jechał Wokulski. Bartosz trafnie wskazał jedną z ról lokomotywy w „Lalce”, natomiast Natan rozpoznał tańczącą parę.

Przerwa, podliczenie punktów i okazało się, że wśród trójki uczestników, którzy zakwalifikowali się do finału, znalazł się Bartosz, przedstawiciel naszej klasy.
Kolejny etap nieco różnił się od poprzedniego. Między innymi oglądaliśmy sceny z filmu nakręconego na podstawie powieści Prusa, w którym trójka finalistów musiała wskazać momenty zmienione lub dodane przez scenarzystę. Inne zadanie polegało na dopasowaniu postaci z „Lalki” przedstawionych na obrazach do opisujących je fragmentów utworu. Zawodnicy musieli być świetnie przygotowani, ponieważ do tego zadania potrzebna była niemała wiedza o bohaterach.

Konkurs zakończył się remisem. Pierwsze miejsce zajęli wspólnie: Bartosz z klasy 2c oraz Julia, uczennica Liceum Ogólnokształcącego nr X. Byliśmy bardzo dumni z wyniku, gdyż od początku trzymaliśmy kciuki za naszego kolegę! Nagroda dla zwycięzców to książka „Lalki” autorstwa pani Badowskiej, ze specjalną dedykacją, gratulacje oraz celująca ocena z języka polskiego za udział w konkursie. Wydaje się, że nagroda skromna, jednak od samego zwycięzcy usłyszałam pozytywny komentarz na jej temat. „Ta ocena z polskiego bardzo mi się przyda” - wyznał zadowolony finalista. Szczerze gratulowaliśmy Bartkowi.

Warto było uczestniczyć w tym wydarzeniu. Zawodnicy dostarczyli nam wielu emocji. Konkurencje były bardzo ciekawe, więc myślę, że niejeden
z uczniów uzupełnił swoją wiedzę na temat treści „Lalki”. Ja także zwróciłam uwagę na epizody, których wcześniej nie zauważyłam. Był to między innymi sen Izabeli, którego znajomością popisał się w pierwszym etapie konkursu Nataniel. Mam nadzieję, że to nie ostatni taki turniej! Przed nami jeszcze sporo lektur do omówienia, więc może byłaby szansa dla innych na wykazanie się wiedzą.

Tekst - Agnieszka Sobolewska z 2c

Zdjęcia - Kamila Rezner z 2b w LO nr X, Joanna Karolczuk z 2c w LO nr IV





Ósemka licealistów przebrała się za postaci występujące w powieści Bolesława Prusa.



Wyglądała jak prawdziwa dama!

Uczestnicy siedzieli z przodu, a po lewej stronie stała tablica, na której zapisywano punkty.

W konkursie brało udział sześć osób, w tym czwórka uczniów naszej szkoły.

Chłopak cieszy się w szkole dużą popularnością.

Wśród trójki uczestników, którzy zakwalifikowali się do finału, znalazł się Bartosz, przedstawiciel naszej klasy.

Pierwsze miejsce zajęli wspólnie: Bartosz z klasy 2c oraz Julia, uczennica Liceum Ogólnokształcącego nr X.


 

 



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 60
Tagi
www.lo4.wroc.pl Tu podaj tekst alternatywny Tu podaj tekst alternatywny