zwycięski blog w projekcie Szkoła z poezją 2012
czwartek, 16 czerwca 2016

Gdy tu mój trup...

Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada,

W oczy zagląda wam i głośno gada,

Dusza w ten czas daleka, ach, daleka,

Błąka się i narzeka, ach, narzeka.

 

Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojej,

I liczne mam serca mego rodzeństwo;

Piękniejszy kraj niż ten, co w oczach stoi,

Rodzina milsza niż całe pokrewieństwo.

 

Tam, wpośród prac i trosk, i wśród zabawy,

Uciekam ja. Tam siedzę pod jodłami,

Tam leżę wśród bujnej i wonnej trawy,

Tam pędzę za wróblami, motylami.

 

Tam widzę ją, jak z ganku biała stąpa,

Jak ku nam w las śród łąk zielonych leci,

I wpośród zbóż jak w toni wód się kąpa,

I ku nam z gór jako jutrzenka świeci.

1838/1840

Adam Mickiewicz, Wybór poezyj, Wrocław 1986

Światło w ciemnościach

Na białej poduszce, pod pledem,
kończą się smutki.
Tydzień ma całych dni siedem
i siedem nocy zbyt krótkich.

Mary senne, nostalgię kojące,
od nieczułej ważniejsze są jawy.
Gardzę wami, codzienne sprawy,
dnie tutejsze, tygodnie, miesiące!

Świat mój własny, bezsilny, bezradny,
sny jedynie ma ku pomocy!
W Labiryncie nić Aryjadny
świeci po nocy...

W głodzie serca, wśród granic i gromów,
nieistotną żywię się manną.
Pod poduszką mam świat mój i dom mój -
Raj - i chustkę na łzę poranną.

Leżysz, Polsko, pod moją poduszką,
jak w dzieciństwie ukochana książka.
Pragnę czytać, czytać całą duszą!

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -   

I już słowik na Bielanach zakląskał -
Już i Wisła - już krakowski klimat -
już tramwajem dzwoni Zwierzyniecka -
już dom widać ten, z którym od dziecka
związaniśmy jak muszla i ślimak -
Potem budzik - potem światło w oczy -
Żegnać muszę odzyskany eden.
Dzień mój potrwa do dziesiątej w nocy -
Tydzień ma całych dni siedem...

1945

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Wiersze wybrane, Warszawa 1985

Wyjechawszy do Lozanny, Mickiewicz napisał cykl liryków, nazwanych od miejsca lozańskimi. Nieudane powroty do ojczyzny i nieustająca tęsknota za przeszłością sprawiły, że w tomiku ukazały się refleksyjne wiersze, w których autor ucieka w świat marzeń i wspomnień. Również Maria Pawlikowska-Jasnorzewska pragnie jeszcze raz powrócić do beztroskich czasów dzieciństwa i młodości. Oba wiersze przepełnione są melancholią, uczuciem tęsknoty i bezradności wobec upływającego czasu, pokazują niezwykłą wrażliwość poetów, która sprawiła, że zmuszeni byli egzystować na granicy dwóch światów.

Wiersz „Gdy tu mój trup” otwiera autoironia autora - Mickiewicz wprost przyznaje się, że wygłaszając wykłady w Lozannie, jego myśli znajdowały się daleko poza salą uniwersytecką, czuje się więc jak trup, którego dusza ucieka przed rzeczywistością. Tak jak zwykł był to robić w poprzednich dziełach, poeta przedstawia ojczyznę w pozytywnym świetle, widzi poszczególne kadry wycięte ze swoich młodzieńczych lat. Sielankowy obraz, wyłaniający się z trzeciej i czwartej strofy, pokazuje, jak bardzo Mickiewicz pragnie znów przeżyć przeszłość.

W wierszu pojawiają się dwa bardzo znaczące wyrazy - „tu” i „tam”, które rozgraniczają płaszczyzny rzeczywistości i świata nierealnego. „Tu”, ukazane w dwóch pierwszych strofach, jest miejscem emigracji, pracy i trosk, na które autor narzeka, wymaga zachowania pozorów i udawania, natomiast „tam” to sielankowa wizja ojczyzny (upersonifikowanej - „z ganku biała stąpa”), w której autor spędza czas na łonie natury.

Utwór zbudowany został na zasadzie kontrastu pomiędzy tym, co autor widzi, i tym, co czuje, jednak przewaga świata marzeń pokazuje, że podmiot liryczny nie akceptuje miejsca, w którym przebywa.

Wiersz „Światło w ciemnościach” powstał niedługo przed śmiercią poetki, podczas gdy znajdowała się ona na emigracji w Wielkiej Brytanii. Leżąc w szpitalnym łóżku, napisała utwór, który może być próbą zapomnienia o otaczających ją realiach i formą powrotu do dzieciństwa i młodości, tak samo jak u Mickiewicza.

Podczas gdy podmiot liryczny w wierszu Mickiewicza kierował swoje słowa do pewnej grupy odbiorców, u Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej mamy do czynienia z monologiem, który zdaje się rozbrzmiewać w wyobraźni osoby mówiącej - podmiot mówi sam do siebie.

Rzeczywistość w utworze zdaje się trwać zbyt długo, jest miejscem konkretnym, pozbawionym fantazji, nielubianym. Podmiot czuje się w niej bezradny, czeka z utęsknieniem, aby znów powrócić do świata marzeń, w którym, tak samo jak u Mickiewicza, przywołana zostaje Polska - porównana do książki z dzieciństwa, do rzeczy bardzo cennej. Świat marzeń istnieje w snach bohaterki (pojawiają się konkretne obrazy: Kraków - rzeczywiste nazwy własne, Kossakówka - dom rodzinny autorki), przypomina eden - miejsce spokoju i szczęścia, daje ukojenie.

Autorka pisze o siedmiu dniach tygodnia, w których nie ma jednak tradycyjnego dnia odpoczynku - ten pojawia się tylko po zaśnięciu. Rzeczywistość jest jak labirynt, więc podmiot z utęsknieniem przenosi się ze świata rzeczywistego do świata marzeń i snu, który jednak szybko znika, rozproszony dźwiękiem budzika, by pojawić się ponownie o dziesiątej w nocy.

Wiersz „Światło w ciemnościach” jest przesycony pesymizmem, melancholią i poczuciem bezradności, co podkreślają liczne epitety i znacząca metafora „w głodzie serca”, która odzwierciedla ból podmiotu lirycznego, gardzącego światem realnym.

Zarówno Mickiewicz, jak i Pawlikowska-Jasnorzewska podejmują temat funkcjonowania człowieka w dwóch światach: duchowym (wyobrażonym i sennym) i rzeczywistym. Oboje autorzy uciekają do świata nierealnego, do przeszłości, by złagodzić ból związany z tęsknotą za ojczyzną. Mickiewicz przywołuje obraz polskiej wsi, Pawlikowska-Jasnorzewska - miasta i rodzinnego domu. Oba wiersze przedstawiają świat oczami emigranta - człowieka, który cierpi, ponieważ nie może wrócić do ojczyzny. Zarówno w utworze Mickiewicza, jak i Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej zauważyć można lirykę wyznania i odwołania do biografii autorów. Mimo że teksty różnią się budową i zastosowanymi środkami poetyckimi, widać znaczące podobieństwo uczuć towarzyszących osobom mówiącym, ponieważ realia, w których tkwią postaci, są bardzo podobne. Fakt, że wiersze dzieli ponad sto lat, pokazuje, że ludzkie zachowania i myśli w niektórych kwestiach pozostają wciąż takie same.

Bartosz Sienkowski z III G

 



źródło logo festiwalu: http://news.o.pl/wp-content/i/2016/05/13-miedzynarodowy-festiwal-kryminalu-we-wroclawiu-klub-stary-klasztor-wroclaw-2016-05-30.jpg 

W piątek 3.06.2016 roku w Mediatece przy placu Teatralnym 5 we Wrocławiu w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału odbył się wykład otwarty pod tytułem Kryminał a polityka kulturalna.

Wykład przedstawiła Małgorzata Omilanowska, była minister kultury i dziedzictwa narodowego, osoba, której pasją są kryminały. W bibliotece pojawiło się wiele osób zainteresowanych wykładem, a wśród nich my dwaj. Poniżej o tym, czego się dowiedzieliśmy.

Skąd się wzięły kryminały?

Kryminał jako gatunek literatury popularnej pojawił się w XIX wieku. Początkowo były to publikowane w gazetach reportaże przedstawiające zbrodnie i poszukiwanie zbrodniarza. Łatwość w opisywaniu zbrodni w tamtych czasach była spowodowana jawnością śledztwa.

Sensacyjne historie cieszyły się tak dużą popularnością wśród czytelników, że spowodowały narodzenie się nowego gatunku literatury popularnej – kryminału. Opowiadane w powieściach kryminalnych historie często były inspirowane rzeczywistymi zbrodniami.

           Jak kryminały mogą uczyć historii?

Większość z kryminałów, co wiązało się z genezą gatunku, zawierała w tle (dotyczącym miejsc, ubiorów, obyczajów) liczne informacje historyczne. Jako przykład pani minister podała kryminał, w którym wykorzystano temat polskiego przemysłu lotniczego, i kryminał, z którego można się było dowiedzieć o popularności sosu z ryb i ich odorze w miastach antycznej Grecji. Twórcy kryminałów są zazwyczaj dobrymi historykami, z dużą dbałością o realia opisują miejsca, w których rozgrywają się zbrodnicze zdarzenia. Okazuje się na przykład, że czytając niektóre kryminały, można się wiele dowiedzieć o historii przedwojennej Warszawy.

Dlaczego zmniejsza się liczba czytelników książek

i jak kryminały mogą temu zaradzić?

Dalsza część prelekcji związana była z propozycjami prelegentki dotyczącymi popularyzacji czytelnictwa. Oto po II Wojnie Światowej w Polsce nastąpił gwałtowny zanik czytelnictwa wskutek zniszczenia wielu bibliotek i zbiorów książek, jak również pozostawienia ich na Kresach. Następnie za czasów komuny dostęp do ciekawej, nietendencyjnej lektury był dość ograniczony. Obecnie z kolei obserwowane jest odchodzenie od literatury naukowej i czerpanie wiedzy przede wszystkim z internetu.

Jakie sposoby na zachęcenie młodych ludzi do książek proponuje Małgorzata Omilanowska? Przede wszystkim chodzi o to, aby Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przeznaczyło środki finansowe na różne obszary związane z czytaniem. Na przykład na takie zakupy książek do bibliotek, byśmy mogli wypożyczać ciekawiące nas lektury, w tym oczywiście kryminały. Innym pomysłem jest rozwiązanie zastosowane przez państwa skandynawskie. Tam na jednej lekcji tygodniowo dzieci przez godzinę czytają, co im się podoba. Uczy to je zamiłowania do lektury i rozwija czytelnictwo od najmłodszych lat. Również odświeżenie listy lektur byłoby dobrym rozwiązaniem.

Godzinny wykład okazał się bardzo ciekawy. Pasjonatom historii wskazał nowe źródło wiedzy, amatorom kryminałów kilka ciekawych, polskich tytułów, a wszystkich nas skłonił do refleksji.

Mateusz Kułat i Kacper Stasieńko z I D



wtorek, 14 czerwca 2016

22 kwietnia 2016 roku sala 22 zmieniła się w młodopolską kawiarnię. Projekt został przygotowany przez klasę 2a pod opieką pani Doroty Żytkiewicz i służył podsumowaniu wiadomości z epoki.

Oprócz krakowskiej awangardy w kawiarence pojawili się również chłopi.



„Sami swoi polska szopa. I ja z chłopa i wy z chłopa” /Ksiądz w „Weselu” Wyspiańskiego/.

 

Młodopolscy poeci nie mogli się nadziwić osobliwym tradycjom i gwarze chłopskiej.

„Miałem kiedyś przyjaciół - może i nie miałem”.

 

Goście kawiarni mieli okazję do obejrzenia kilku krótkich scenek z życia chłopstwa,

a także do posłuchania monologu młodopolskiej famme fatale.



Jo tom w miście pirwszy ros” /Panna Młoda w „Weselu” Wyspiańskiego/.

 

„W umarłych bytów milczeniu głębokiem,

słychać jedynie Amen, moje straszne Amen.

O Boże miłosierny (…)” /„Dies irae” Jana Kasprowicza/.



„Tyś gospodarska córka z dziada pradziada nie żadne miejske pomietło”                    /„Chłopi” Władysława Reymonta/.

 



Dagny Przybyszewska o sobie: „U mnie w życiu nie ma nudy”.

 

 Nie zabrakło również cytatów z utworów modernistycznych.

Młodopolskie stowarzyszenie dekadentów: „Krążenie ludzi koło siebie jest podobne do krążenia koło siebie gwiazd - jest równie samotne i równie związane” /Kazimierz Przerwa-Tetmajer/.

 

Dagny i Stanisław Przybyszewscy: „Mówią o nas, że jesteśmy centralnymi postaciami światka krakowskiej bohemy".







 





 







czwartek, 09 czerwca 2016

Jakiś czas temu (20 lutego 2016) miałam ogromną przyjemność być na przedstawieniu realizowanym przez Teatr Polski, a mianowicie na „Dziadach” w reżyserii Michała Zadary. Pomyślałam, że jest to na tyle niesamowite i niecodzienne wydarzenie, że warto podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Chciałabym skupić się na zupełnie innym przedstawieniu klasyki Mickiewicza niż wcześniejsze, liczne spektakle.

Od samego początku część I dramatu zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Myślę, że nie skłamię, jeśli powiem, że każda osoba na widowni z zachwytem chłonęła każdy najmniejszy szczegół. Było zabawnie, wzruszająco, a przez chwilę nawet trochę strasznie. Salwy śmiechu wywołał Chór młodzieży, który wjechał na scenę samochodem. Dodatkowo każda osoba na scenie była ubrana, jakby mieszkała w dzielnicy największych „dresów” w PRL-u. Jednocześnie należy wspomnieć o Kacprze Kurysiu, który grał Dziecię i swoim wykonaniem Pieśni o Zaklętym Rycerzu wywołał łzy wzruszenia u niejednej osoby. Nic dziwnego, że w tempie błyskawicznym minęła pierwsza godzina przedstawienia.

II część dramatu jest dobrze znana każdemu Polakowi, jednak wciąż odrobinkę przerażająca i zaskakująca. Nie ma w tym nic dziwnego, przecież jest to część o wywoływaniu duchów o północy w ciemnej, niebezpiecznej przestrzeni cmentarnej. Jednakże w zamyśle reżysera i realizacji jest coś zabawnego, rozładowującego napięcie. Nie sposób się zorientować, kto boi się bardziej: my czy Guślarz, który jest obłąkany albo pod wpływem narkotyków (w tej roli fantastyczny Mariusz Kiljan), zresztą jak cała reszta obecnych. Chociaż i tak największą niespodzianką okazała się być zwisająca z sufitu pasterka Zosia, która paląc na scenie, śpiewa sprośną piosenkę, rozbawiając tym sposobem każdego widza do łez. Jest to zupełnie inne spojrzenie na klasykę, co wielu widzów oburza, ale idealnie wpasowuje się w dzisiejszą rzeczywistość, dlatego przyjemnie się II część „Dziadów” ogląda.

Po przerwie obiadowej nastąpiło to, na co czekał każdy. Może to było tylko moje odczucie, jednak III część „Dziadów” jest chyba najbardziej fascynująca, ale jednocześnie trudna, dlatego z podekscytowaniem czekałam, aby zobaczyć, jak poradził sobie reżyser z jej interpretacją. Oczywiście nie mogło być mowy o rozczarowaniu. Realizacja na najwyższym poziomie – dotyczyło to zarówno scenografii, jak i aktorstwa. Dla nikogo nie było zaskoczeniem, że Bartosz Porczyk w roli Konrada spełnił się całkowicie i udowodnił swój kunszt aktorski. Znowu na wspomnienie zasługuje Mariusz Kiljan, odtwórca roli księdza Piotra – interpretacja postaci została pogłębiona i uwydatniona przez tego aktora. W tej części dramatu nie było kontrowersji, może poza momentem oddawania moczu na scenie przez Konrada, co jak najbardziej jest naturalną potrzebą fizjologiczną.

Po fantastycznej części III przyszedł czas na część najbardziej znienawidzoną przez każdego licealistę, czyli Ustęp. Od tego fragmentu sztuki oczekiwałam najmniej, ponieważ najmniej mnie on interesował i to był największy błąd. Prawdopodobnie Ustęp to mój ulubiony fragment przedstawienia trwającego prawie czternaście godzin, a już na pewno najbardziej zaskakujący. Michał Zadara udowodnił swój geniusz, przedstawiając siedem wierszy jako muzyczno-wizualną kombinację. Wielkie brawa otrzymała kilkunastoletnia Julia Leszkiewicz, która bez pomyłki recytowała cały wiersz „Droga do Rosji”.

Na sam koniec została część IV, którą oglądało się najtrudniej. Po pierwsze przez zmęczenie, ponieważ była już godzina 12.00 w nocy, a po drugie ze względu na nieznajomość tekstu, gdyż nie jest to część przerabiana w całości w szkołach, a powinna być. Jednak nie sposób było się oprzeć pewnej magii i nastrojowi, który panował na scenie, a to dzięki Bartoszowi Porczykowi, który jako Konrad musiał zapamiętać prawie całą treść tego fragmentu dramatu, a swój monolog przerywał śpiewem i grą na pianinie, co wprowadziło widzów w magiczny nastrój.

Nie można zaprzeczyć, że Michał Zadara pokazał zupełnie inne spojrzenie na Mickiewiczowską klasykę. Większość, w tym ja, jest z tego powodu zachwycona, części, głównie zagorzałym profesorom, taka nowatorskość i swoboda zupełnie nie odpowiadają. Jednak według mnie największą zasługą reżysera jest ukazanie „Dziadów” jako całości, a nie oderwanych od siebie kawałków. Jestem przekonana, że przedstawienie poszczególnych części w kolejności numerowania zrewolucjonizuje sposób pokazywania, tłumaczenia oraz przerabiania dramatu w najbliższych latach. Każdemu, kto będzie miał okazję wybrać się na przedstawienie do Teatru Polskiego, gorąco polecam, ponieważ obejrzenie dramatu w całości to wyjątkowe i niesamowite przeżycie.

Michalina Osieleniec z II d



niedziela, 05 czerwca 2016

28 kwietnia 2016 roku obejrzeliśmy w szkolnej auli teatralną adaptację Zbrodni i kary Fiodora Dostojewskiego. Spektakl wyreżyserował Stanisław Melski, scenografię i kostiumy zaprojektowała Zofia de Ines, a muzykę napisał Piotr Matuszewski.

Swoimi wrażeniami ze spektaklu podzielili się uczniowie kl. II a, II c, II d i II e.

Spektakl na podstawie powieści Fiodora Dostojewskiego zachwycił uczniów naszej szkoły. Dla jednych wydarzenie było syntezą wiadomości o lekturze, dla innych zachętą do jej przeczytania. Znakomite aktorstwo (szczególnie samego reżysera oraz odtwórcy roli Swidrygajłowa – Dariusza Maja), świetnie dobrana, podkreślająca klimat muzyka oraz wyrazista choć minimalistyczna scenografia sprawiły, że zapamiętam to przedstawienie jako działające na emocje i wyobraźnię.

                                                                                              Wiktoria

Inicjująca spektakl scena z Marmieładowem dała nam już na wstępie do zrozumienia, że akcenty zostaną rozłożone inaczej niż w powieści. Kluczowy był motyw cierpienia. Cierpiał każdy, z różnych przyczyn. Oglądając inscenizację, czuliśmy się wręcz przytłoczeni problemami bohaterów.

Funkcjonalnym i pomysłowym rozwiązaniem było zastosowanie kompozycji szopkowej. Nakładaniu się scen towarzyszyło nakładanie się problemów.

Magdalena

Bardzo wyraziście zostało pokazane, że zbrodniarz nie jest w stanie poradzić sobie z udręczającymi go myślami. Zaczyna się obwiniać, wręcz wariować. Tak zachowywał się Raskolnikow, bohater „Zbrodni i kary”. Popełnił on dwie zbrodnie – zabił starą lichwiarkę i jej siostrę. Chciał sprawdzić, do jakiej grupy społeczeństwa należy – wyższej czy niższej. Najbardziej dręczy go to, że jednak nie okazał się tak silny, jak sobie założył.

                                                                                                          Ewa

W spektaklu szczególnie poruszyła mnie gra aktora odtwarzającego postać Raskolnikowa. Za pomocą gestów i mimiki twarzy potrafił oddać sprzeczne uczucia targające tym bohaterem.

Ostatnia scena, w której Sonia podnosi z ziemi swego ukochanego, została przedstawiona w sposób podkreślający żarliwą wiarę Zofii Siemionownej. Dzięki tej scenie zrozumiałam ważną rolę przypowieści ewangelicznej w historii opowiedzianej przez Dostojewskiego.

                                                                                                          Katarzyna

Słowa Hymnu św. Pawła wygłoszone w ostatniej scenie spektaklu przez Sonię stanowią swego rodzaju wniosek, że tylko miłość może nas ocalić.

                                                                       Wojtek

Gra światłem powodowała zmianę klimatu i atmosfery przedstawienia. Najlepiej światło wyeksponowało emocjonalny charakter finalnej sceny, kiedy główny bohater przyznaje się do winy i bardzo cierpi z tego powodu. Leczy ból w ramionach zakochanej w zbrodniarzu Soni. Dziewczyna mówi o miłości z takim uczuciem, ze łzami w oczach, że widza przechodzą dreszcze.

                                                                                                          Aleksandra

Podobała mi się ekspresja aktorów, którym udało się opowiedzieć o emocjach bohaterów. Stanisław Melski, który wcielił się w postać Siemiona Marmieładowa, ojca Soni, bardzo przekonywająco zagrał tę postać. Jego sposób mówienia i gestykulacja odzwierciedlały zachowanie prawdziwego pijaka.

Z kolei aktor grający Swidrygajłowa złapał niesamowity kontakt z publicznością. Zwracał się do konkretnych osób, a mówiąc, patrzył im prosto w oczy… Aż robiło się nieswojo.

                                                                                                          Maja

Ekspresja, z jaką grali aktorzy, wciągała widza w ich emocje. Najbardziej przekonujący był aktor grający ojca Soni. Można było uwierzyć, że naprawdę jest pijany.

                                                                                                          Joanna

Spektakl był niesamowitym przeżyciem i lekcją życia. Najbardziej chwytającą za serce sceną był monolog Marmieładowa (granego przez Stanisława Melskiego). Pokazywał on prawdę o człowieku, drastyczną i poruszającą. Najlepiej widowisko podsumowują słowa starego pijaka: „Bo cierpienie, proszę pana, to wielka rzecz. W cierpieniu jest pewna idea”.

                                                                                                          Sylwia i Natalia

Aktorzy byli bardzo przekonujący. Najbardziej przekonał mnie Swidrygajłow, ponieważ odtwarzający go aktor miał bliski kontakt z publicznością. Momentami był przerażający, co czyniło jego postać bardzo realistyczną.

                                                                                                          Aleksandra

Zastanowiła mnie teoria, którą stworzył główny bohater. Według niej ludzie dzielą się na wyjątkowych i zwykłych. Mimo jej obalenia, uważam, że jest jak najbardziej prawdziwa.

                                                                                                          Marceli

Jestem pod wrażeniem okazywanych przez aktorów emocji, ich umiejętności „wejścia” w odtwarzane postacie. Byli blisko, obok nas. Wychodzili poza scenę i wygłaszali swoje kwestie wśród uczniów. Bardzo bym chciała, żeby takie wydarzenia były częściej organizowane przez naszą szkołę.

                                                                                              Joanna

 „ZBRODNIA I KARA”, A GDZIE ZBRODNIA? Spektakl „Zbrodnia i kara” w reżyserii Stanisława Melskiego niewątpliwie zaskoczył swoją kompozycją uczniów Liceum Ogólnokształcącego nr IV we Wrocławiu. Twórca sztuki wykorzystał końcową scenę powieści jako rozpoczęcie. Skupił się on na relacjach Raskolnikowa z otoczeniem. Oprócz tego pominął ważne wątki, a także usunął jedną z kluczowych postaci, jaką był Razumichin.

Zbrodnia została w oczywisty sposób zbagatelizowana, a całość sztuki skupiła się na wewnętrznych przeżyciach głównego bohatera po zbrodni. Możliwe, że reżyser takim rozwiązaniem chciał zaskoczyć widownię, skupiając się na innych aspektach aniżeli sama zbrodnia. Jednakże odniósł on odwrotny efekt, sprawiając, że widownia oglądała rozstrojonego psychicznie Raskolnikowa, tak naprawdę nie znając, bez wcześniejszego przeczytania powieści, powodu jego rozterek.

Pomimo wspomnianych wyżej aspektów, obsada aktorska oraz wykonanie całości spektaklu sprawiły dość dobre wrażenie.

Dagmara Rzepecka i Ewa Słota z II e

Powieść psychologiczna została przedstawiona w nietypowy sposób. Najważniejsze sceny z książki ukazywały relacje mordercy z innymi bohaterami. Na scenie występowali doświadczeni aktorzy, jak i również studenci przygotowujący się do tego zawodu. Dużym zaskoczeniem okazało się to, że w rolę Marmieładowa wcielił się reżyser. Występujący na scenie nie ograniczali się do „teatralnych desek” i nawiązywali kontakt z widzami. Uwagę męskiej części publiczności przyciągnęła Sonia, w której rolę wcieliła się Katarzyna Janiszewska. Dziewczęta zaś mogły podziwiać piękną sylwetkę Adama Turczyka, odgrywającego rolę Raskolnikowa. Na brawa zasłużyli również inni aktorzy. Wczuć się w panującą atmosferę pomagały gra świateł oraz muzyka, która idealnie wkomponowała się w toczącą się akcję. Spektakl trwał dwie godziny lekcyjne i został nagrodzony gromkimi brawami.

Kaja Deryło i Martyna Chruścicka z II e

Przedstawienie było przede wszystkim zaskakujące. Trzeba jednocześnie zaznaczyć, że prawdopodobnie z powodów technicznych sztuka została zrealizowana tak, a nie inaczej. Osoby, które nie czytały albo nie znały fabuły książki Dostojewskiego, miały niewielkie szanse, żeby cokolwiek zrozumieć. Z jednej strony był to bardzo ciekawy zabieg, ponieważ zaskakiwał i nie nudził widza, ale niektórych mocno dezorientował. Chociaż muszę przyznać, ze nawet dla mnie – osoby, która treść powieści zna dobrze - niektóre sceny były niezrozumiałe, np. kiedy podczas rozmowy Rodiona i Soni nagle wbiegła obłąkana Katarzyna, macocha Soni. W odbiorze sztuki przeszkadzało mi wyolbrzymienie jej problemów psychicznych, które w książce nie były aż tak wyeksponowane.

Do gry aktorskiej nie mam zastrzeżeń. Oczywiście zdarzały się pewne niedociągnięcia, ale zarówno sam reżyser, jak i aktorzy grający Porfirego, Swidrygajłowa i Rodiona spisali się znakomicie.

Przedstawienie odebrałam pozytywnie i cieszę się, ze mieliśmy okazję je obejrzeć.

Michalina Osieleniec z II d

Ciekawie przedstawiona została postać Soni. Odważny strój, który miała na sobie, doskonale oddawał jej zawód. Łóżko, które bliskie było złamania, trzymało publiczność w napięciu. Dobrze przedstawiony został Swidrygajłow, który podczas wygłaszania jednej ze swoich kwestii wyszedł na widownię - miało się wtedy wrażenie, że przemawia do uczennicy siedzącej na widowni (w powieści Dostojewskiego Swidrygajłow był człowiekiem z wyraźną słabością do młodych dziewczynek). Uwagę przykuwała również postać Katarzyny Iwanownej, którą wykreowano na osobę opętaną i niezrównoważoną psychicznie.

Daniel Kuzio z II d

Spektakl świetnie pokazywał stany emocjonalne Rodiona. Sny głównego bohatera były oddzielone od rzeczywistości zmianą muzyki i barwy światła. Dzięki temu zabiegowi widz mógł wniknąć w sposób myślenia Raskolnikowa i zobaczyć, o czym on śni.

Artur Nowakowski z II d

Na honory zasługuje aktorka grająca Sonię: za odwagę pokazania się w wyzywającym stroju, bardzo emocjonalne reakcje oraz wzruszający sposób, w jaki wyrecytowała przypowieść o  Łazarzu. Również aktor grający ojca Soni przykuł moją uwagę od początku do końca sceny. Wykrzyknienia, nagłe zmiany tonu głosu oraz sama postawa i wygląd „kazały” mi na niego patrzeć.

Rafał Stefaniak z II d



 

 





Tagi
www.lo4.wroc.pl Tu podaj tekst alternatywny Tu podaj tekst alternatywny