zwycięski blog w projekcie Szkoła z poezją 2012
poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Co mi się podobało w „Szkole z poezją”?

Na powyższe pytanie kazano mi odpowiedzieć. W pierwszej kolejności zaczęłam się jednak zastanawiać, po co w ogóle mam to robić. Zabawne, bo nie spodziewałam się po sobie takiej konstruktywnej myśli. Bez przesady, zaraz maj, kwiatki, ciepło, romanse, grille, a ja zaczęłam myśleć. Wciąż nie mogę się nadziwić. Nawet mi ten stan odpowiada. Spróbuję tak częściej.

A teraz na poważnie. Po co pisać, co mi się najbardziej podobało w projekcie? Żeby ze zbieraniny prac wszystkich członków koła powstała ballada bałwochwalcza na cześć „Szkoły z poezją”? Nie, nie, ja się w takie inicjatywy wplątać nie dam. Niech to będzie notatka choć ciut ewaluacyjna. Napiszę, co mi się podobało najbardziej, ale również – co w ogóle, ani trochę, a wręcz co było jawnie odstraszające.

Posłużę się metodą „kanapki”, a więc zacznę od tego, co mi się podobało. Na tym też skończę. Zobaczymy, moi drodzy, co wyjdzie pośrodku.

Pierwszą rzeczą, jaka mi się podobała w projekcie, było spotkanie z Jackiem Dehnelem w naszej szkole. Nie jestem tylko pewna, czy chodzi o to, że jest naprawdę ciekawą postacią, o to, że zawsze interesującym doświadczeniem jest porozmawianie z autorem książek, które się zna i lubi, czy też o to, że kiedy wraz z Asią przejęłam na początku inicjatywę i popchnęłam spotkanie w zupełnie innym kierunku, niż miało iść, to nikt nie zamknął nam ust i nie odepchnął od stolika, przy którym siedział Dehnel.

Najbardziej w całym projekcie nie podobały mi się spotkania odbywające się w Biurze Literackim. Nie mogę tego nazwać inaczej: wiało stęchlizną od nich! Przy całym szacunku, jaki  mam np. do Piotra Śliwińskiego, to zdecydowanie bardziej wolę go czytać, bo słuchając – usypiałam. I kiedy już trafiały się osoby, które potrafiły wprowadzać w klimat poezji naprawdę ciekawie, takie jak Roman Honet, a nawet (o dziwo!) my, czyli publiczność, chcieliśmy współpracować: zadawać pytania, wchodzić do dyskusji, to dawano nam do zrozumienia, że poziom naszych pytań jest żałosny. Mam tu na myśli pewnego pana, który zapytał o przygody miłosne Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i, zgnojony spojrzeniami szanownych gości, musiał się ze swoich pytań tłumaczyć, jak i również moje własne wtrącenie, które dość niefortunnie zamieniłam w żart o piersiach Marty Podgórnik, kiedy poczułam, że chyba niepotrzebnie się w ogóle odzywałam. Nie podobało mi się to. Gdybym jeszcze raz wzięła udział w tym spotkaniu, z pewnością nie powiedziałabym już ani słowa. Wątpię, czy o to chodziło organizatorom.

Niesamowicie inspirujące z kolei były warsztaty z Karolem Maliszewskim (jak nazwał go mój kolega z klasy – z „szalonym doktorkiem”). To niezaprzeczalny mistrz czytania poezji. U niego na zajęciach żaden pomysł nie był kiepski, wszystko, co powiedzieliśmy, liczyło się i miało sens. Nikt tego niesamowicie sympatycznego człowieka się nie bał. Ba, pan Karol Maliszewski pochylił się nad moją recenzją swojego tomiku „Zdania na wypadek”. Któż by pomyślał, że mając siedemnaście lat, napiszę recenzję, którą się zainteresuje sam podmiot omawiany? Ot, znów mi ego urosło.

Jest jeszcze pewna rzecz, która mi się w działaniach BL niespecjalnie podoba i związana jest z, jak już wspomniałam, śmierdzącymi z lekka stęchlizną spotkaniami w Biurze. Warstewka pleśni, która powoli osiada na formie: tak niesamowicie profesjonalnej, klasycznej, statycznej. To aż boli. Nasłuchałam się o Zadurze smażącym naleśniki. Szkoda tylko, że nie miałam okazji zobaczyć czegoś tak spektakularnego. Żałuję, bardzo żałuję. Klasyczne spotkania się przejadły. Pojawiła się na nich warstewka kurzu. Nie mam już na nie ochoty. Tu stawiam kropkę.

Ostatnią kwestią, którą omówię, będzie pisanie recenzji nowo wydanych przez BL książek. Bardzo cieszę się, że w projekcie „Szkoła z poezją” powierzono nam takie właśnie zadanie. To było najbardziej wymagające, inspirujące i pasjonujące zadanie ze wszystkich. Za to wielki plus. Dziękuję, że ktoś uwierzył, że grupa licealistów może mieć coś konstruktywnego do powiedzenia o poezji współczesnej (i nie tylko). Dziękuję za uwagę.

Zuzanna Sala z II E

 

Po ponad półrocznej wspólnej pracy projekt „Szkoła z poezją” dobiega końca. Patrząc na częstotliwość wpisów na blogu i samą ich treść, każdy z uczestników programu miał coś do powiedzenia, dzielił się swoimi przemyśleniami, z pasją uczęszczał na kolejne spotkania z twórcami literatury. Moim zdaniem pomysł stworzenia „Szkoły z poezją” był genialny, a sama kreatywność i zamiłowanie do pisania zostały przez uczniów fantastycznie spożytkowane. Należy podkreślić jednak rolę ludzi, którzy przyczynili się do powstania tego projektu, i tych, którzy włożyli w niego ogrom własnej pracy. Tyczy się to również samych zaproszonych do szkół twórców, którzy przychodzili tu dla nas, aby podzielić się własnym doświadczeniem i zaszczepić w nas „bakcyla” literatury.

Już jako absolwentka Liceum Ogólnokształcącego nr IV stwierdzam, że jeżeli faktycznie młody człowiek chce się rozwijać i obcować z literaturą, to projekt „Szkoła poezją” z pewnością daje szansę na rozwój swoich umiejętności, ale także w pewien sposób weryfikuje Twoje zainteresowania i własną inwencję twórczą.

Pozostaje już tylko życzyć powstania kolejnej edycji programu „Szkoła z poezją”, a współtwórcom naszego bloga - chęci jego dalszego prowadzenia. Działający niezależnie blog można byłoby uznać za kontynuację naszej wspólnej pracy i za początek własnej inicjatywy uczniów. Bo przecież początek to tylko ciąg dalszy, a księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie - jak pisała Wisława Szymborska.

Patrycja Rokita z III E (już absolwentka)

 

Kilka miesięcy z projektem „Szkoła z poezją”  minęło mi niesamowicie szybko. Niektóre wydarzenia podobały mi się bardziej, inne mniej. Najwięcej dały mi spotkania z autorami - pozbawiły mnie one poczucia, że twórczy Wrocław odszedł wraz z Wojaczkiem.

Trochę dziwny jest według mnie motyw konkurencji między szkołami w prowadzeniu bloga. Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób można wartościować to, co pisali uczniowie. Przecież w każdej szkole są inni ludzie, którzy zupełnie inaczej patrzą na otaczający nas świat.

Jeśli chodzi o samą organizację i logistykę tego przedsięwzięcia, to jestem pod wrażeniem szybkości przepływu informacji, chociaż w dobie Internetu nie powinno mnie to dziwić. Niewątpliwie najbardziej zaangażowaną w projekt osobą jest profesor Małgorzata Skwarek-Smereka, która bezustannie egzekwowała od nas zaległe teksty na bloga.

Ogólnie uważam, że projekt bardzo dużo mi dał, i wcale nie żałuję, że we wrześniu zdecydowałam się wziąć w nim udział.

Justyna Róziewicz z I E

 

„Szkoła z poezją” jest projektem pogłębiającym pasję i wiedzę. Niecodzienne wyzwania, subtelnie zmieszane ze szczyptą współzawodnictwa, pozwoliły mi wzbić się na wyżyny własnych możliwości pisarskich, poetyckich oraz literackich. Spotkania z autorami wielu fascynujących książek były niczym dotknięcie gwiazd, pozornie nierealne, a jednak tak dobrze zapewnione nam przez Biuro Literackie. Rozrywka ta była każdorazowo inna. Zróżnicowanie warsztatów pozwoliło rozwijać pasje i odkrywać tym samym nowe horyzonty. Zaczęłam z innej perspektywy patrzeć na poezję. Przestała być ona tylko nieregularnym tekstem z oczywistym znaczeniem. Teraz czytając, zagłębiam się w każdą literę, znak interpunkcyjny i zawsze umyślną metaforę czy apostrofę. Jak fanatyczka dociekam różnorakich przesłań, jakie mogą skrywać się w ciągu zgrabnie ułożonych liter.

Wielki finał w postaci Portu Literackiego 2012 miał być fenomenem, okazał się jednak trochę przereklamowany, może zawiódł pomysł lub nie dopisała publiczność, jednak wszystko okazało się mało spektakularne. Konwencja wieczornych spotkań przy kawie niosła ze sobą usypiający nastrój. O ironio! A gdzież była pobudzająca kofeina? Mam również niedosyt, jeśli chodzi o spotkania w Biurze Literackim. Czasami brakowało mi tam iskry oraz werwy. Delikatnie wiało nudą, mimo niebanalnych głosów autorów.

Uważam, że pomysł powstania „Szkoły z poezją” był niezwykle dobry i ciekawy. Osoby młode mogły pokazać swój talent lub, co ważniejsze, uzmysłowić sobie, że owy posiadają. Wyjście z kąta, zaprezentowanie światu swoich prac czy uzmysłowienie potrzeby przebywania na co dzień z tekstami literackimi mogło okazać się dla wielu niezwykłym doświadczeniem. Poezja to przygoda, odkrywanie i fantazjowanie, jak dla mnie - nawet pewna gra wyobraźni. Poezja to życiowy napęd oraz zatapianie się po uszy w bagnie.

Emil Cioran w tekście Wyznania i anatemy powiedział: W zapożyczonym języku jest się świadomym słów, istnieją nie w nas, ale na zewnątrz nas. Ta przerwa między nami a naszym środkiem wyrazu wyjaśnia, dlaczego tak trudno, a może wręcz niemożliwie, jest być poetą w języku innym niż nasz. Jak dokopać się do substancji słów, które nie są w nas zakorzenione? Przybysz żyje na powierzchni słowa, zbyt późno wyuczony język nie potrafi przełożyć tej podziemnej agonii, z której emanuje poezja.

Paula Sznajder z II E

 

Projekt „Szkoła z poezją" na pewno wniósł do naszego liceum zamiłowanie do literatury. Szczególnie podobało mi się to, że w ciekawy sposób zajmowaliśmy się poezją, która jest mi bliższa od tej z podręczników szkolnych i którą już wcześniej trochę się interesowałam. Miałam okazję dowiedzieć się, jak żyją poeci, jak się nimi stają, jak tworzą. Szczególnie podobało mi się spotkanie w szkole z panem Maliszewskim - była to lekcja polskiego w różowych okularach. Cieszę się, że wzięłam udział w projekcie, ponieważ zdobyłam ciekawe doświadczenie w obcowaniu z literaturą. Być może moja pozytywna opinia o „Szkole z poezją” sprawi, że w kolejnych latach inne licea „zarażą się” poezją…

Asia Marciszewska z II E

 

W projekcie najbardziej podobały mi się spotkania z pisarzami w Biurze Literackim i w szkole. Liczne warsztaty z czytania poezji, odczyty literackie czy sama świadomość obcowania z autorami powodowała, że bez wahania wzięłabym udział w tym przedsięwzięciu raz jeszcze.

Ania Zawada z I E

 

„Szkoła z poezją” - słysząc to hasło po raz pierwszy, nie wierzyłam, że moje liceum też może się nią stać, ale… Nie ma rzeczy niemożliwych. Dzięki zapałowi naszego koła dziennikarskiego i zaangażowaniu jego opiekuna - koordynatora projektu oraz wsparciu innych polonistów stawiliśmy czoła wyzwaniu.

Comiesięczne spotkania z poetami, recenzowanie pojedynczych utworów czy całych tomików wierszy, poznawanie sylwetek autorów, czytania w Biurze Literackim – te wszystkie czynności były kolejnymi krokami na drodze do oswojenia się z poezją. Czy nam się to udało? Nie można tego do końca stwierdzić. Z autopsji jednak wiem, że wszelkie działania w ramach projektu poszerzyły moje horyzonty literackie i rozbudziły moją wrażliwość na literaturę. Mam też nadzieję, że działania naszego koła nie poszły na marne i echo niosące wieść o poezji rozbrzmiało po całej naszej szkole i trafiło do wielu umysłów, które teraz, dzięki rozbudzonej świadomości kulturalnej, będą chciały otworzyć się na poezję i chłonąć to wszystko, co ona potrafi dać.

Alicja Ożga z II E

 

Teraz, gdy zbliża się wielki finał projektu, przyszedł czas na refleksje i podsumowania. Ja będę miło wspominać kilka ostatnich miesięcy z wielu powodów.

Samo przedsięwzięcie świadczy o tym, że ktoś nas, młodych ludzi, zobaczył w roli odbiorców kultury, którzy nie są do końca bierni. Przez moment mogliśmy poczuć wręcz, że nasz głos ma znaczenie.

Jako uczestniczka polskiej blogosfery cieszę się również, że ta forma dzielenia się refleksjami znalazła uznanie. Blogi takie, jak ten, z pewnością urozmaicają wirtualną rzeczywistość.

Biuro Literackie wyszło z Przejścia Garncarskiego i otworzyło się na licealistów. Gdyby nie możliwość uczestniczenia w „Szkole z poezją”, pewnie nie zawitałabym do Biura Literackiego i nie wzięłabym udziału we wszystkich spotkaniach, o których wiele już napisano na blogu. Nie lubiłam tego typu spędów: zdają się one żyć własnym życiem, gdzieś obok, oddzielone szybą od widowni. Przekonałam się, że i tak mogę znaleźć w nich coś dla siebie. Sam projekt to przede wszystkim literatura - na wykładach w szkole nie dowiedziałam się zbyt wielu nowych rzeczy na temat czynnego uczestnictwa w świecie literatury.

Last but not least, „Szkoła z poezją” była okazją do poznania kilku ludzi z mojej szkoły. Gdyby nie spotkania, wykłady czy nawet omawianie kwestii organizacyjnych, nadal stanowiliby oni tylko obce twarze, część szarej masy, przez którą codziennie trzeba się przebijać, by trafić do właściwiej klasy.

Aleksandra Paras z II A

 

Czwórkowe spotkania z poezją były dla mnie cudowną życiową przygodą. Dzięki spotkaniom z autorami jeszcze bardziej pokochałam poezję i towarzyszy mi ona na każdym kroku. Poezja stała się dla mnie sposobem na rozwijanie swojej wyobraźni i na doskonalenie się w pisaniu.

Biuro Literackie spowodowało, że zaczęłam coraz więcej czytać. Książka stała się moim najlepszym przyjacielem. Najbardziej uwiodła mnie poezja Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, ponieważ porusza ona różne aspekty ludzkiego życia. Potrafi dotrzeć do niepłaczącego i pocieszyć pogrążonego w smutku. Ja odnalazłam w poezji Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej cząstkę siebie, dlatego jej poezja stała mi się tak bliska. Ponadto od wielu lat jestem wielbicielką poezji Wisławy Szymborskiej, ale to dzięki prowadzeniu bloga wgłębiłam się w lekturę jej wierszy bardziej niż kiedykolwiek. Spotkania z poetami uzmysłowiły mi, że czytanie wierszy może być zabawą. Każdy z nas ma inną wrażliwość, inny charakter i temperament - to te cechy wpływają na to, jak interpretujemy teksty. Bardzo trudne jest dogłębne zrozumienie tekstu poetyckiego, ponieważ występuje w nim wiele słów - kluczy, które ciężko odszyfrować. Jestem szczęśliwa, że mogłam podzielić się na blogu swoją miłością do kultury włoskiej, napisać o kuchni włoskiej czy o moich ulubionych książkach i poetach włoskich, po prostu oddać cząstkę siebie samej. Czytając wiersze niektórych poetów uczestniczących w projekcie, zrozumiałam, że żyję w dwóch wykluczających się światach. Świat, w którym ja żyję dzięki poezji i sztuce, to lata 20. XX wieku: Hemingway, Monet, moja wymarzona złota paryska epoka. Współczesność bez wyobraźni i książek byłaby wyjątkowo smutna i przygnębiająca, tylko dzięki literaturze mogę przenieść się wieczorami w złote czasy XX wieku. 

Chociaż mieszkam daleko od Wrocławia, byłam na każdym spotkaniu w Biurze Literackim i nigdy nie wypowiem słowa „żałuję”, ponieważ projekt rozwinął mnie. Przeżyłam momenty pełne wzruszeń, śmiechu i zadumy. Najważniejsze jest jednak to, że po każdym spotkaniu mogłam podzielić się swoją skromną opinią na blogu. Żałuję jedynie, że spotkania nie pomogły mi w przełamaniu moich dwóch uciążliwych cech: wstydu i braku pewności siebie. Może kiedyś nadejdzie taki moment w moim życiu, że niektóre moje pytania nie pozostaną bez odpowiedzi...

Aleksandra Eliasz z I A



niedziela, 29 kwietnia 2012

Artur Burszta opowiadał nam o genezie, kolejnych edycjach i kulisach festiwalu Port Literacki:

nagrania - Julia Krymowska z I E

Port Literacki

Tegoroczną edycję festiwalu Port Literacki zareklamował nam Pan Artur Burszta podczas wizyty w naszej szkole, przez co miałam co do tego wydarzenia ogromne oczekiwania. Niestety trochę się zawiodłam. Myślałam, że to spotkanie będzie ogromnym europejskim wydarzeniem, skupiającym w jednym miejscu miłośników literatury. Tymczasem było trochę inaczej… Dwugodzinne szukanie Studia na Grobli (kto by pomyślał, że nie znajduje się ono w okolicach Wyspy Słodowej) było na tyle wyczerpujące, że chciałam dać za wygraną, na szczęście nie byłam sama w wędrówce.  Po trudnej drodze żywiłam nadzieję na pyszną kawę, która miała być darmowym motywem przewodnim Portu. Okazała się jednak płatnym produktem reklamowym. Pomyślałam: trudno, każdy chce zarobić, a i organizacja takiego przedsięwzięcia też pewnie kosztuje. Czas wejść na salę, czyli rozczarowań ciąg dalszy. Kawowy film, według mnie, ciut przekombinowany. Rzutniki światła i inne tego typu pomysły na stworzenie atmosfery niezbyt do mnie trafiają. Niestety trzeba iść z duchem czasu, a gdzie to nas zaprowadzi, to inna sprawa.

Rozglądając się po sali, zwątpiłam, czy dobrze trafiliśmy. Ogólnoeuropejskie spotkania literackie przy frekwencji raptem 70 osób?  Może to tak miało być.

Na szczęście autorzy nie zawiedli. Gdy w końcu usiadłam na widowni, dałam się porwać wyobraźni i słowom wypowiadanym przez literatów. Zamknęłam oczy i uświadomiłam sobie, że właśnie o to chodzi, o słuchanie.

Justyna Róziewicz z I E

 

Andrij Bondar i Bohdan Zadura

Balla i Jacek Bukowski

Edmund White, Tadeusz Pióro i Jerzy Jarniewicz

zdjęcia - Kamil Pronobis z II A



Jeszcze nie tak dawno

Sobota jest wolnym dniem od zajęć lekcyjnych. Czas wolny możemy spożytkować na wiele różnych sposobów. Jednak sobotę 21 kwietnia postanowiłam spędzić Na Grobli.

Godzina 17:40

Jak zawsze niezorientowana wbiegłam po schodach do Studia na Grobli. Ludzie przemieszczali się przez wąski korytarz do kilku sal. Oczywiście przy wejściu można było wyczuć niezapomniany zapach kawy unoszący się w powietrzu (jak to wcześniej zapowiadał nam Artur Burszta). Pomyślałam: „kurczę, jak tu pięknie”. Bez chwili zastanowienia powiesiłam brązowy płaszcz na wieszaku i poszłam się rozejrzeć.

Godzina 17:45

Pierwszym pomieszczeniem, do którego weszłam, była tzw. „kafejka”. Można było w niej spokojnie napić się kawy i rozsiąść się w wygodnych fotelach. Z kafejki wychodziło się na taras, na którym zauważyłam wielu literatów i studentów. W pewnej chwili poczułam się taka młoda. Zastanawiałam się, czy jestem odpowiednio dojrzała, aby uczestniczyć w Porcie. Po chwili zwątpienia wiedziałam, że zupełnie niczym nie różnię się od osób siedzących na tarasowych drewnianych ławach. Wróciłam do głównego korytarza, gdzie miałam się spotkać z Anką, Justyną i Kamilem. Czekając na paczkę z LO IV, zauważyłam w bocznej sali Janusza Stycznia. Nawet nie potraficie sobie wyobrazić mojego wyrazu twarzy – radości. Subtelny uśmiech zauważyła kobieta siedząca obok pana Janusza.

Godzina 17:50

Z sali wyszła grupa ludzi (w tym moja paczka z LO IV wraz z panią Małgorzatą Skwarek-Smereką). Nagle Justyna krzyknęła „idziemy coś zjeść!”. Z początku byłam przerażona tym pomysłem, gdyż do kolejnego spotkania zostało zaledwie 10 minut. Mimo mojego sprzeciwu udaliśmy się do pobliskiego Fast foodu.

Godzina 18:02

Wróciliśmy. Jest i „nienaganne” spóźnienie. Ostatnie osoby wchodziły do studia, w tym i my. W fotelu, przygotowana do czytania wierszy, siedziała już Urszula Kozioł. Kolejne wystąpienie należało do Jacka Łukasiewicza. Według mnie każdy z autorów prezentował swoje teksty doskonale. W końcu poprzez pisanie można wyrazić samego siebie, a przez czytanie – swój sposób patrzenia na świat. Gdy już chciałam wyjść z sali, Anka szepnęła: „czekaj, gdzie ty idziesz, a Styczeń?". Usiadłam. Janusz Styczeń wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jego teksty były fascynującym przeżyciem. Głównie opisywał on kobietę w różnych sytuacjach życiowych (wiersz „Dziewczyna niosąca filiżankę kawy”) czy w roli matki.

Godzina 19:30

W studiu był już Edmund White. Na sali wiele osób, wiele kamer, kilka postaci obok White’a. Można powiedzieć: idealne widowisko.

Klaudia Ambryszewska z I E

 

zdjęcie - Klaudia Ambryszewska z I E



sobota, 28 kwietnia 2012

Uwieńczeniem cyklu spotkań z „ludźmi od poezji” było przybycie Artura Burszty – dyrektora Biura Literackiego, osławionej kolebki młodych poetów. Bez niego nie istniałoby nasze skromne kółko literackie, więc można powiedzieć, że była to najważniejsza wizyta w szkole. Ewolucja Fortu w Port, przeniesienie festiwalu z Legnicy do Wrocławia, poszerzenie działalności (w lutym powstała Fundacja Europejskich Spotkań Pisarzy), wydawanie dziesiątek książek – brzmiało to tak prosto, ale bez wątpienia okupione zostało ciężką pracą. Pan Burszta wymienił nam znane osoby bywające na festiwalu lub pomagające w jego organizacji – Marcin Hamkało, Darek Fox, Maciej Maleńczuk, Tomasz Kot. Ponadto z jego ust wyszły słowa „Wtedy licealista / młody uczestnik / wolontariusz festiwalu, teraz dyrektor, konsul, aktor, artysta”. Pokazują one, jak wiele osób rozwinęło się pod skrzydłami Biura Literackiego. Wrażenie ogólne, jakie odniosłam podczas wizyty Artura Burszty, nie mogło w pełni oddać tego, jak bardzo pożyteczne było spotkanie z dyrektorem Fundacji Europejskich Spotkań Pisarzy. Poznaliśmy w końcu genezę festiwalu Port Literacki i projektu „Szkoła z poezją” oraz intencje ich twórców.

Magda Pisarska z I B

Port we wspomnieniach  Artura Burszty

Ostatnio mieliśmy okazję gościć w naszej szkole Artura Bursztę. Szef Biura Literackiego poprowadził nietypowe zajęcia. Zamiast interpretacji różnych utworów literackich opowiadał nam o genezie już 17. edycji festiwalu literackiego.

Pierwszy Port odbył się w 1996 roku w Legnicy pod nazwą Europejskie Spotkania Pisarzy. Temat przewodni brzmiał „Barbarzyńcy i nie”. Wtedy Polacy i goście z Czech i Niemiec wspólnie oglądali mecz Niemcy – Czechy. Na drugim festiwalu (Forcie Legnica) można było spotkać Marcina Świetlickiego czy Macieja Maleńczuka. W 1998 roku w trakcie Fortu Bohdan Zadura smażył naleśniki. „Przyjechali zacni goście z Irlandii. Wydaliśmy wówczas 4 książki” – powiedział Artur Burszta. W  1999 roku, w ramach projektu „Odsiecz” („świeża krew, świeży dopływ”), na festiwalu pojawia się pierwsza kobieta - Marta Podgórnik. „Była naszą pierwszą laską…” - wspomina pan Burszta. Gościem w Legnicy tego roku był również Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki. Na festiwalu bywało i przy festiwalu pomagało wiele znanych dziś osób, tj.: Tomasz Kot – „Tomek był licealistą w gronie aktorów (…)”, Gabriel Flesza – „Gabryś rozklejał skutecznie plakaty (…)”, Joanna Formago – „Joasia bez zezwolenia rozklejała plakaty na słupach w Lubinie (…)”, „A Gabrysia pracowała i pracuje dziś jako nasz adwokat (…)”; „Kiedyś przyjechało takich dwóch, którzy mieli przy sobie zaledwie 20 zł i prosili o nocleg” - wspomina pan Artur. Festiwalową publiczność stanowili w większości ludzie spoza Wrocławia.

Pierwszą siedzibą Biura Literackiego była sypialnia w trzypokojowym mieszkaniu na ul. Księżycowej w Legnicy. Biuro funkcjonowało tak przez cztery lata. Z czasem jego popularność zaczęła wzrastać. Na jedną książkę było 50 zamówień. Sypialnia stała się graciarnią.

„Z chęcią jeździliśmy do Bystrzycy Kłodzkiej, były tam ładne dziewczyny… W jednej ze szkół zamieniono starą kotłownię w klub literacki… Dużo niesamowitych wspomnień wiąże się  z festiwalem. Wskazują one na to, że literatura może łączyć ludzi” – powiedział podczas spotkania Artur Burszta.

W 2004 roku festiwal po raz kolejny zmienił nazwę, tym razem na Port Literacki, a po przeprowadzce do Wrocławia odbywał się jako Port Wrocław.

Klaudia Ambryszewska z I E



zdjęcia - Ania Gierłowska z I B

czwartek, 26 kwietnia 2012

Moja opinia o festiwalu

Zatrzymałam się na Rynku z gazetką Portu Literackiego, razem z przyjaciółką patrzyłyśmy na mapkę i nie miałyśmy bladego pojęcia, gdzie mamy iść. Po dwóch godzinach, milionach pytań do przypadkowych ludzi i jękach rozpaczy, że nigdy nie znajdziemy ul. Na Grobli, dotarłyśmy na miejsce spóźnione, ale szczęśliwe i czekało nas tam duże rozczarowanie. Festiwal ani trochę nie przypominał tego, co po szkolnym spotkaniu z Arturem Bursztą można było sobie wyobrazić. Impreza była zorganizowana na znacznie mniejszą skale, było bardzo mało młodych ludzi, nawet starsza część słuchaczy wychodziła po godzinie. Jednak wchodząc na salę, czułam się jak w innym świecie, co nie zmienia faktu, że wychodząc na przerwę, moje rozczarowanie potęgowało się.

Jednak dla literatów, których zaproszono, nie można było tego festiwalu przegapić. Najbardziej podobał mi się odczyt Andrija Bondara oraz Edmunda White'a. White zaskoczył mnie ogromnie (pozytywnie). Słuchając jego genialnej książki (moim zdaniem), można było odpłynąć, przenieść się do świata bohaterów. Opisy były tak szczegółowe i obrazowe, że niemal widziałam świat książkowy przed sobą, wystarczyło wsłuchać się i zamknąć oczy, aby przenieść się do innego świata. Szczerze powiedziawszy, byłam (i nadal jestem) pod ogromnym wrażeniem obu jego książek. Bondar również mile mnie zaskoczył, jego humorystyczny felieton był niezwykle trafnym wyborem na rozpoczęcie drugiego dnia festiwalowego. Lekkość i humor, jakie zaprezentował, sądząc po reakcji sali, przypadły słuchaczom do gustu. Mimo wcześniejszego rozczarowania, dzięki autorom nie chciałam wracać do domu, chciałam zostać i słuchać, jednak dzień nieubłaganie dobiegł końca. Jeszcze następnego dnia chciałam wrócić do Studia na Grobli i posłuchać czytań. Zadziałała magia dobrej literatury, jednak jeżeli festiwal ma naprawdę przyciągać tłumy, nie można tworzyć wokół niego mitów. Choć czy nie straciłby uroku, gdyby stał się komercyjny? Odpowiedź na to pytanie pozostawię Wam.

Ania Zawada z I E

Festiwal Port Literacki… Sukces? Nie…

Co mogę powiedzieć na temat festiwalu? Niewiele, a jeśli da się wykrzesać cokolwiek z wiejących nudą spotkań, to raczej same negatywne komentarze. Po spotkaniu z Panem Arturem Bursztą moja wizja festiwalu opierała się na efektownym i pasjonującym „sprzedaniu” poezji. Wyobrażałam sobie ciemną, zatłoczoną salę, w której pośrodku stoi poeta – aktor i przy oprawie muzycznej i wizualnej, gdzie nie tylko słowo, ale także rekwizyt ma znaczenie, przekazuje nam treści swojej twórczości. Owszem, sala była ciemna, lecz pustawa, a co z resztą? Co do oprawy muzycznej, ograniczała się jedynie do dźwięku wypluwanych zgłosek i szarpania strun. Cóż, może taka była wizja organizatorów.

Według Artura Burszty są trzy rzeczy, które łączą Polaków: wódka, papierosy i kawa (która na marginesie miała być rozdawana ku pokrzepieniu dusz i serc naszych), a ponieważ to spotkanie kulturalne, pierwsze dwa „łączniki” zostały wyeliminowane. Pozornie, wódkę zastąpiło piwo lejące się strumieniami. Najbardziej irytowało mnie popijanie tegoż chmielowego trunku przez młodych debiutantów w przerwie pomiędzy strofami wierszy. Jeśli spotkanie na poziomie, to błagam, bądźmy kulturalni! Nie audytorium, ale zwłaszcza artyści powinni zachowywać się na poziomie. Kontynuując wątek debiutantów, nie wiem, czy to moje ogólne złe nastawienie wpłynęło tak negatywnie na mój odbiór poezji. Nie tyle sama twórczość, co przekaz i interpretacja niektórych utworów nieziemsko mnie irytowały, zwłaszcza pojawiające się „gwiazdorzenie” w przypadku jednego z debiutantów, a u innych totalna obojętność oraz brak jakiegokolwiek zaangażowania. Jedynym plusem był Maciej Taranek w interpretacji swojego utworu oraz Jakub Głuszak z wierszem „Zmienić narrację tożsamościową niczym kobieta”. Wydawać by się mogło, że Katarzyna Fetlińska porwie publiczność swoim aktorstwem, ale początkowa fascynacja i zauroczenie przeradzało się dosyć szybko w zażenowanie i znudzenie. Mam mieszane uczucia co do młodej, ale jednocześnie barwnej i kontrowersyjnej poetki.

Kolejnym punktem programu było spotkanie z Marcinem Sendeckim, Leszkiem Engelkingiem, Andrzejem Sosnowskim i Bohdanem Zadurą. Na tę część czekałam najbardziej, gdyż podobno Andrzej Sosnowski przygotował organizatorom listę rekwizytów potrzebnych przy czytaniu poematów. Niestety, pan Sosnowski się nie zjawił, ponieważ wybrał się na wycieczkę po Wrocławiu. Kiepskie wyczucie czasu, proszę Pana! Cóż, znowu zawód. Nudne, długie czytanie, brak atmosfery i skupienia. Jedni przysypiali, inni zaś w alkoholowym upojeniu radowali się wcześniej już wspomnianą muzyką „strunową”.

Niestety, nie wytrzymałam długo, wkrótce odpłynęłam z Portu. Nie potrafię być obiektywna, ale mimo negatywów kilka perełek wśród młodych twórców się pojawiło. Jedyne, co mi pozostaje, to nadzieja, że organizatorzy wezmą sobie do serca krytykę i nieprzychylne opinie, a przyszłe festiwale będą cieszyć się ogromnym sukcesem. W każdym razie trzymam kciuki…

Kamila Pawłowska z III E

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Tagi
www.lo4.wroc.pl Tu podaj tekst alternatywny Tu podaj tekst alternatywny