zwycięski blog w projekcie Szkoła z poezją 2012
poniedziałek, 21 listopada 2016

Lola Blau – z czym nam może się to kojarzyć? Z kabaretem, z kimś z Niemiec, z pseudonimem aktorskim. Ale czy z synagogą? Okazuje się, że tak, bo właśnie w Synagodze pod Białym Bocianem odbył się spektakl pt. „Lola Blau” w wykonaniu artystów Teatru Żydowskiego w Bukareszcie. W roli głównej wystąpiła Maia Morgenstern, aktorka znana z roli Maryi w filmie „Pasja” Mela Gibsona. Nostalgiczna, lecz z elementami czarnego humoru historia opowiada o młodej wiedeńskiej aktorce kabaretowej, która odnosi swoje pierwsze sukcesy. Niestety jest Żydówką, więc po anszlusie Austrii rzeczywistość rujnuje jej marzenia. Jest zmuszona uciekać do Stanów, gdzie zyskuje wielką sławę i jej kariera nabiera rozpędu, lecz powoli traci złudzenia co do świata, miłości, przyjaźni. Poczucie izolacji i smutku każe jej wrócić w rodzinne strony. Ale czy zdobędzie to, czego pragnie, czy pozostanie jej tylko refren piosenki „Podnieś głowę i uśmiechnij się – życie po prostu takie jest!”?

Patryk Hofbauer z I E

Polecamy:

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/4249.html

http://www.teatr-zydowski.art.pl/wydarzenia/festiwal-singera-dzis-wieczorem-lola-blau

 

Zdjęcie - http://www.teatr-zydowski.art.pl/wydarzenia/festiwal-singera-dzis-wieczorem-lola-blau



22:38, spotkaniazpoezja-4 , polecamy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 listopada 2016

Przypomnijmy, że w konkursie literackim w ramach projektu Być kobietą zostali nagrodzeni:
1. miejsce - Jaśmina Szarejko z Gimnazjum Nr 29 we Wrocławiu i Anna Hołubowska z Gimnazjum Nr 25 we Wrocławiu
2. miejsce - Kornelia Kamieniarz z Gimnazjum Nr 29 we Wrocławiu
3. miejsce - Joanna Wachuła z Gimnazjum Nr 25 we Wrocławiu
Wyróżnienie - Paweł Grzymkowski z Gimnazjum Nr 29 we Wrocławiu

Więcej informacji o konkursie:

http://lo4.wroc.pl/konkurs-plastyczno-literacki-byc-kobieta-rozstrzygniety/

Praca Pawła Grzymkowskiego

Być kobietą, czyli o kobiecości niestereotypowo

Co to znaczy być kobietą? To pytanie powstaje w głowach wielu mężczyzn. My, mężczyźni, nie jesteś my w stanie pojąć całokształtu istoty bycia kobietą, ponieważ kobieta to dla nas zbyt złożone pojęcie. Dlatego, aby ułatwić sobie to zadanie, tworzymy uproszczone obrazy i schematy myślowe, stereotypy, mające na celu ukazanie nam w prostszy sposób rzeczywistości dotyczącej płci żeńskiej .W dzisiejszych czasach rodzi się wiele stereotypów na temat kobiet, ale czy są one uzasadnione? Jako mężczyzna postaram się rozstrzygnąć ten problem. Pomogą mi w tym przykłady sytuacji zaczerpnięte z życia codziennego.

Z pierwszym stereotypem zetknąłem się kilka lat temu. Byłem wtedy na wakacjach na wsi u wujka i cioci. Spędziłem tam miło czas, ale mimo towarzystwa rodziny, nudziłem się. Moja ciocia zaproponowała wycieczkę do najbliższego miasta. Ja i wujek stwierdziliśmy, że jest to doskonały pomysł. Po godzinie wszyscy byliśmy gotowi, ale została kwestia ustalenia, kto będzie prowadził samochód, ponieważ zarówno ciocia jak i wujek mieli prawo jazdy. Moja ciocia chciała prowadzić, lecz wujek uniósł się honorem i stwierdził, że on powinien to zrobić, bo kobiety się do tego nie nadają. Wtedy zastanawiałem się, skąd wzięło się takie przekonanie wujka. Przecież zarówno on jak i ciocia mieli prawo jazdy, czyli oboje musieli zdać egzamin. Oboje mają parę rąk, którą mogą trzymać kierownicę i zmieniać biegi. Statystyczne badania pokazują nawet, że kobietom rzadziej przytrafiają się wypadki drogowe, ponieważ prowadzą ostrożniej, ale za to mają większy problem z parkowaniem. Nawet mimo tej uwagi dotyczącej nieperfekcyjnego parkowania, nie rozumiem skąd wziął się ten nietrafny stereotyp. Anne Hall – jedna z najlepszych kobiet kierowców w latach 50 i 60, Pat Moss - pięciokrotna Mistrzyni Rajdów Europy, Małgorzata Rdest – najszybsza Polka na torach wyścigowych ostatnich lat, czy Michele Mouton wzór dla wielu prowadzących kobiet i mężczyzn. Te panie to przykłady kobiet, których stereotypowe myślenie nie powstrzymało w drodze do realizacji własnych pasji. Może najwyższy czas, żeby sformułowania, takie jak baba za kierownicą czy jeździsz jak baba brzmiały dumnie.

Kolejne uproszczone schematy myślowe są na tyle popularne, że nie trzeba przytaczać sytuacji, w której możemy się z nimi zetknąć. Mam na myśli stereotypy: blondynki są głupie oraz kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn. Obraz głupiej blondynki jest chyba jednym z najbardziej niezrozumiałych dla mnie stereotypów. Kiedy próbuję odnieść się do jego istoty,  zadaję sobie pytanie: Czy kolor włosów wpływa na iloraz inteligencji?. Nie słyszałem, żeby rozproszone wewnątrz włosów pigmenty melaniny miały na to jakikolwiek wpływ. Dlaczego więc blondynki podległy procesowi stereotypizacji?

Podobnie jest z drugim pytaniem. Czy inteligencja zależy od płci? Tę kwestię ciężko jest rozstrzygnąć, ponieważ nigdy nie sprawdzono IQ wszystkich ludzi, ale jedno jest pewne, świat nauki składa się zarówno z męskich, jak i żeńskich przedstawicieli. Przywołajmy chociażby takie postacie, jak Maria Skłodowska-Curie - dwukrotna laureatka Nagrody Nobla, Lise Meitner – kobieta, która  wyjaśniła zjawisko rozbicia jądra atomowego, czy Elinor Ostrom - noblistka, twórczyni teorii dóbr wspólnych. Mamy do czynienia z kolejnymi przykładami kobiet, które wyłamują się spod tego krzywdzącego osądu niewiedzy. Mimo przeciwności i trudności dążyły do udowodnienia innym swoich racji. Pokonywały bariery, które stwarzał im świat.

Ostatni stereotyp, który przywołam, wiąże się z przekonaniem, że kobiety są słabsze od mężczyzn. Z tym stereotypem spotkałem się na zakupach w sklepie, kiedy sprzedawca stwierdził, że klientka nie doniesie swoich zakupów do domu. Siła fizyczna, choć jest domeną mężczyzn, w wielu przypadkach nie zależy od płci, a od jednostki. Na świecie istnieją kobiety delikatne i kruche, jak i bardzo silne. Podobnie jest z płcią męską - są słabsi i silniejsi mężczyźni. Przyjęło się, że siła fizyczna mężczyzn jest większa od siły kobiet, ale należy pamiętać, że istnieją również przedstawicielki płci żeńskiej, które są silniejsze przynajmniej od części mężczyzn. Dowodem na to są, np. osiągnięcia Anity Włodarczyk – rekordzistki świata w rzucie młotem, Otylii Jędrzejczak – polskiej pływaczki, mistrzyni olimpijskiej, czy Agnieszki Wieszczek-Kordus - polskiej zapaśniczki i medalistki Igrzysk Olimpijskich w  Pekinie. Zawodniczki te przeszły długą drogę, żeby móc stanąć na podium. W swojej karierze sportowej na pewno nie poddały się stereotypowemu myśleniu.

Co wynika z przedstawionych przeze mnie stereotypów? Zarówno kobiety, które wpisują się w to stereotypowe myślenie, jak i te, które wymykają się mu, kształtują obraz kobiecości. Jaka jest moja wizja kobiecości? Na pewno niestereotypowa i bardzo podobna do tej, którą przedstawia Wisława Szymborska w utworze „Portret kobiecy”.  Autorka próbuje wyjaśnić nam, kim tak naprawdę jest kobieta. Już sama budowa wiersza oddaje kobiecy charakter, chaotyczność wersów, brak budowy stroficznej wskazuje na  nieprzewidywalną, zmienną i zaskakującą naturę kobiety. Ponadto poetka słowami:

(…) naiwna, ale najlepiej doradzi.

Słaba, ale udźwignie.

Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.

Czyta Jaspera i pisma kobiece.

Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.

oddaje różnorodność płci pięknej. Te fragmenty ukazują nam, że na świecie istnieje wiele kobiet. Jedne z nich trenują zapasy, inne są mistrzyniami rajdowymi, a jeszcze inne poświęcają swoje życie nauce czy rodzinie. Dlatego na litość boską nie starajmy się ich zamykać w sztywnych ramach stereotypu.

Pamiętajmy, żeby myśleć niestereotypowo. Uproszczone schematy myślowe, dzięki którym wydaje nam się, że jesteśmy w stanie zrozumieć otaczający nas świat, często nie pokazują nam prawdziwej i złożonej rzeczywistości. Moje zdanie potwierdzają słowa Bertranda Russella, brytyjskiego filozofa i eseisty: Zwyczaj lekkomyślnego przylepiania etykietek służy wygodzie ludzi, którzy chcą się wydać bystrzy bez konieczności myślenia, niewielki jednak ma związek z rzeczywistością[1]. Popatrzmy zatem na kobiety przez pryzmat ich różnorodności, bo jak napisał Lech Konopiński: Stereotyp zawsze jest płaski, nie stereo[2] .

Paweł Grzymkowski z Gimnazjum nr 29 we Wrocławiu


[1] http://lubimyczytac.pl/cytaty/35998/autor/bertrand-russell [dostęp: 17.01.2016].

[2] http://www.cytaty.emapa.eu/index.php?show=16280 [dostęp: 17.01.2016].



Przypomnijmy, że w konkursie literackim w ramach projektu Być kobietą zostali nagrodzeni:
1. miejsce - Jaśmina Szarejko z Gimnazjum Nr 29 we Wrocławiu i Anna Hołubowska z Gimnazjum Nr 25 we Wrocławiu
2. miejsce - Kornelia Kamieniarz z Gimnazjum Nr 29 we Wrocławiu
3. miejsce - Joanna Wachuła z Gimnazjum Nr 25 we Wrocławiu
Wyróżnienie - Paweł Grzymkowski z Gimnazjum Nr 29 we Wrocławiu

Więcej informacji na:

http://lo4.wroc.pl/konkurs-plastyczno-literacki-byc-kobieta-rozstrzygniety/

Praca Joanny Wachuły Trudno jest być kobietą

Zbudził mnie dźwięk budzika. Otwieram oczy i patrzę dookoła. W pokoju znajduje się niewiele rzeczy: stara szafa, dwie komody, stolik krzesło i łóżko. Ściany pomalowane są na beżowy kolor, a podłoga pokryta miękkim białym dywanem. Jest 7.25. Wyłażę spod ciepłej kołdry i idę do łazienki. Patrzę w lustro. Widzę wysoką brunetkę o zielonych oczach. Odwracam spojrzenie od swojej twarzy i kieruję je na resztę ciała. Wydaje mi się, że trochę przytyłam. Brzuch jest lekko zaokrąglony, a uda trochę z byt szerokie. Otwieram szafkę i wyciągam z niej wagę. Staję na niej. 71 kg. Zdecydowanie za dużo. Chyba zrezygnuję z tego wieczoru u Zosi, będzie pizza i dużo niezdrowych rzeczy. Nie mogę sobie znowu pozwolić na wzrost wagi. Ale nie powinnam przecież tak ni z tego ni z owego odwołać tego spotkania. Może pójdę, ale nic nie zjem. Z drugiej strony i tak nie chcę tam iść ze względu na Mariolę, bratową Zosi. Nie przepadamy za sobą, lecz nie mogę znowu odwołać spotkania ze swoją przyjaciółką, zawiodłabym ją. Wyciągam telefon i dzwonie do Mikołaja. Mój chłopak zaczyna swoją pracę szybciej niż ja, więc już dawno wyszedł z domu. Jest prawnikiem tak samo jak ja, lecz pracujemy w innych kancelariach.

- Cześć, kochanie - odzywa się głos w słuchawce.

- Dzień dobry, skarbie. Dzwonię, bo chciałam zapytać, czy nie poszedłbyś może ze mną dziś wieczorem do Zosi.

- Obawiam się, że to niestety nie będzie możliwe. Wiesz, że pracuję do późna.

- A ty wiesz, że nie chce tam iść sama- trochę zaczynam się denerwować.

- To w ogóle nie idź- mówi spokojnym łagodnym głosem, lecz to bardziej mi przeszkadza niż gdyby krzyczał.

- Oczywiście, dla ciebie wszystko jest takie proste! - nie czekam nawet czy coś powie, tylko od razu się rozłączam.

Wyciągam z szafki kosmetyki i wracam do sypialni. Siadam na krześle przy stoliku i wpatruję się w małe lusterko. Nakładam puder, a potem cienie do powiek. Następnie powoli maluję rzęsy. Oczywiście po rozmowie z Mikołajem jestem trochę zdenerwowana, więc niechcący wkładam sobie szczoteczkę maskary do oka. Łzy zaczynają mi z niego płynąć, jestem cała rozmazana i wyglądam koszmarnie. Zmywam makijaż płynem do demakijażu i maluję się jeszcze raz tym razem ostrożniej.  Podchodzę do szafy i wyciągam z niej ubrania, w które szybko się przebieram. Rozczesuję włosy i ostatni już raz patrzę w lustro. Wyglądam dobrze, ale to mnie nie satysfakcjonuje. Czarna spódnica trochę za bardzo opina się na biodrach, a ta bluzka w zasadzie nie pasuję do mnie tak bardzo jak mi się wydawało. Jednak nie mam już czasu nic zmieniać. Za pół godziny mam spotkanie z bardzo ważnym klientem. Nie mogę się na nie spóźnić. Biorę, więc torebkę, wyciągam klucze z szuflady i wychodzę z domu. Przed blokiem czeka na mnie mój czerwony samochód marki Land Rover. Otwieram torebkę i szukam w niej klucza. Nie mogę go znaleźć, bo jest tu dosłownie wszystko: mój notatnik, kalendarz, telefon, chusteczki, piórnik, dokumenty, mała kosmetyczka, w której zawsze mam najpotrzebniejsze rzeczy, mini apteczka: z plastrami, tabletkami przeciwbólowymi, maściami i innymi drobiazgami. Trudno tu znaleźć taki malutki klucz. Mija naprawdę dużo czasu, lecz w końcu znajduje to, czego tak potrzebuję.  Otwieram drzwi do auta i siadam na siedzeniu kierowcy. Lubię swój samochód. Jadę powoli, bo mam jeszcze dość dużo czasu. Kancelaria mieści się w centrum miasta. Niedaleko jednak znajduje się park i jest tam bardzo przyjemnie. Założycielem tej kancelarii jest ojciec mojego najlepszego przyjaciela, Filipa. Zatrudnił mnie 3 lata temu. Teraz to miejsce jest dla mnie jak drugi dom. Mam mnóstwo przyjaciół i dobrze się tu czuję.

Jestem na miejscu 20 minut przed spotkaniem. Wchodzę, więc do pobliskiej cukierni i kupuje szarlotkę.  Filip i Monika, jego dziewczyna, która pracuje w tej kancelarii jako nasza asystentka i którą naprawdę bardzo lubię, uwielbiają ciasta. Kolejka jest nieznaczna, więc już po paru minutach jestem w swoim miejscu pracy.

Na fotelu w poczekalni siedzi mężczyzna ubrany w garnitur. Ma ciemne, krótkie włosy i jasne oczy. Wygląda na ponurego i ostrego. Witam się z Moniką, która zapisuje coś w notatniku. Podchodzę do mężczyzny.

- Witam, pan Józefowicz? – pytam, uśmiechając się promiennie.

- Owszem – odpowiada dość ostro.

Zapada cisza. Jestem trochę zmieszana. Ten klient chyba nie należy do grona ciepłych, uprzejmych i gadatliwych osób.

- Zapraszam, więc do mojego gabinetu - mówię już trochę bardziej rzeczowo i ręką wskazuję mu drzwi.

- Mecenas Banaszkiewicz? - pyta mężczyzna, jakby spodziewał się zobaczyć kogoś zupełnie innego.

- Tak, adwokat Milena Banaszkiewicz - mówię i wyciągam rękę ku mężczyźnie.

Nie chwyta mojej dłoni. Przez chwilę tylko na mnie patrzy, jakby z pogardą, jak na przybysza z innej planety.

- Czy coś nie tak? - pytam, choć jest to pytanie retoryczne.

- Owszem, spodziewałem się mężczyzny.

- I rozumiem, że to, iż jestem kobietą, przeszkadza panu, czy tak?

Jestem coraz bardziej wzburzona, lecz nie daję po sobie tego poznać. Mężczyzna kiwa głową w odpowiedzi. Co mu we mnie przeszkadza? Dlaczego tak na mnie patrzy, skoro przecież nie zrobiłam nic złego?

- Mogę spytać, dlaczego płeć ma dla pana takie znaczenie?

- Ma i to wielkie, gdyż uważam, że praca prawnika to zawód dla płci męskiej, nie żeńskiej.

- Czyli uważa pan, że ja, jako kobieta, nie jestem wstanie pana odpowiednio reprezentować?

- Mówiąc zupełnie szczerze, tak właśnie uważam.

Pierwszy raz spotykam się z czymś takim. Jestem zaskoczona i zdenerwowana.  Nie rozumiem pana Józefowicza.

- A może dałby mi pan szanse się wykazać?

- Sądzę, że nie będzie to konieczne. Czy pracuje tutaj jakiś adwokat, mam na myśli mężczyznę?

- Owszem, ale obawiam się, że jest chwilowo zajęty.

- Tak, mecenas Czarnecki przyjmuje teraz klienta, ale sądzę, że pani Banaszkiewicz jest w stanie pomóc panu tak samo dobrze jak pan Czarnecki, jak nie lepiej - mówi Monika, która chce mi najwyraźniej pomóc.

- Proszę więc umówić mnie na inny termin z panem Czarneckim - oświadcza klient, zwracając się do Moniki.

- Ale… - zaczyna Monika.

- Ja już zdecydowałem - szorstko mówi mężczyzna.

- Oczywiście, Moniko, zapisz pana do mecenasa Filipa Czarneckiego. Na pewno będzie bardziej zadowolony - mówię dość ostro, lecz nie jestem wstanie wysilić się na inny ton.

Otwieram drzwi do swojego gabinetu i zaraz niemalże z trzaskiem je zamykam. Rzucam torbę na kanapę i podchodzę do biurka. Siadam na swoim krześle. Co ten mężczyzna miał na myśli? To, że jako kobieta jestem zbyt głupia, by pełnić tak odpowiedzialną funkcję?

Źle się czuję, boli mnie głowa. Łykam tabletki, które miałam w torebce. Jednak przez dłuższy czas ból nie mija. Za trzy godziny mam rozprawę. Jestem do niej dobrze przygotowana, bo prawo rodzinne to moja specjalność. Mimo to przejmuje się słowami pana Józefowicza i jestem trochę zdenerwowana.

Nigdy dotąd nie spotkałam się z tym, że ktoś mógłby uważać mnie za gorsza ze względu na moją płeć. Nie uważam, żeby to w ogóle miało jakieś znaczenie, ale najwyraźniej dla niektórych ludzi ma. Mimo to nie mogę się tym tak przejmować. Wstaję więc, chwytam torebkę i wychodzę. Pan Józefowicz już opuścił naszą kancelarię. Monika dalej siedzi jednak na swoim miejscu. Właśnie kończy rozmowę telefoniczną z jednym z klientów. Rozłącza się i wpatruje we mnie.

- Wszystko w porządku? – pyta zatroskana.

- Oczywiście - odpowiadam z uśmiechem na twarzy, lecz jest to kłamstwo.

- To tylko jeden klient. Nie przejmuj się nim. Ja uważam, że jesteś świetna, a ten pan Józefowicz niedługo pożałuje, że wybrał kogoś innego.

- Jasne. Spokojnie, nic mi nie jest- mówię, choć w cale tak nie jest.- Niedługo mam rozprawę, więc wychodzę. Do zobaczenia.

- Pa, Mileno - odpowiada, uśmiechając się.

Potrafię dość dobrze maskować uczucia przed wszystkimi prócz Mikołaja. Tylko on zawsze wie, co tak naprawdę czuję i tylko on mnie rozumie. Chciałabym, żeby tu teraz był, żeby mnie przytulił albo zabrał na spacer. Nie chcę się z nim kłócić, bo za bardzo go kocham, ale ostatnio za rzadko się widujemy i jestem o to na niego zła. Wychodzi z domu zanim się obudzę i wraca, gdy już śpię. Jest mi z tym ciężko. Jesteśmy ze sobą od dwóch lat, mieszkamy razem półtora roku, a on ma dla mnie coraz mniej czasu. Widujemy się tylko w sądzie i zjadamy razem obiady w naszej ulubionej restauracji. Jednak to mi nie wystarcza.

Wsiadam do auta i ruszam. Włączam moją ulubioną piosenkę i jadę wolno do sądu. Wygrywam sprawę rozwodową, a moja klientka zyskuje wyłączne prawo opieki nad dziećmi. Jej mąż ją zdradzał. Zostawał w pracy po godzinach, zaniedbując żonę i dzieci. Jak się okazało to nie praca zajmowała mu tyle czasu, lecz pewna młoda studentka, z którą spędzał wieczory. Zaczynam się zastanawiać, czy może Mikołaj też ma kogoś. Wiem, że to okropne tak myśleć, ale to by było wyjaśnienie, czemu ciągle nie ma go w domu. Postanawiam, więc zajrzeć do jego kancelarii.

Znajduje się ona dziesięć minut drogi spacerkiem od mojej. Parkuje, więc auto obok cukierni i idę pieszo. Już po chwili jestem na miejscu. Denerwuję się. A jeśli faktycznie mnie zdradza? Nie ma już jednak odwrotu, muszę dowiedzieć się prawdy.

- Dzień dobry, Edwardzie. Mikołaj u siebie? - pytam asystenta mojego chłopaka.

- Witaj, Mileno. Tak, najbliższą rozprawę ma za godzinę.

- Dziękuję.

Lubię tego mężczyznę. Jest dla mnie zawsze bardzo uprzejmy i miły. Jego żona, Stefania, jest ginekologiem. Wiem, bo prowadziła ciążę mojej siostry, Oli. Zgodne, szczęśliwe małżeństwo z dwójką dzieci. Też bym tak chciała, ale jeszcze nie teraz. Za kilka lat będę gotowa na dzieci, lecz chwilowo wolę się skupić na pracy i pielęgnowaniu mojego związku z Mikołajem.

Wchodzę do jego gabinetu bez pukania. Siedzi na biurku i czyta jakieś akta. Jest zdziwiony na mój widok, ale nieprzestraszony.

- Cześć, kochanie. Co tutaj robisz? - pyta wstając.

- Przyszłam... Przyszłam cię odwiedzić - mówię i siadam na krześle.

On również z powrotem siada. Wpatruje się we mnie swoimi wielkimi, pięknymi, błękitnymi oczami. Ma blond włosy i hipnotyzujące spojrzenie. Przez chwilę tylko na mnie patrzy, a potem się uśmiecha. W jego policzkach pojawiają się dołeczki. Jest naprawdę przystojny i do tego bardzo mądry.

- Jakiś konkretny cel twojej wizyty?

- Właściwie tak. Zauważyłam, że ostatnio spędzamy ze sobą coraz mniej czasu i chciałabym to zmienić - oświadczam stanowczo.

- Kotku, przecież wiesz, że dużo pracuję. Przepraszam, że nie mogę iść z tobą na to spotkanie, ale jestem naprawdę zajęty. Marek dodał mi dzisiaj dwie dodatkowe sprawy. Pierwsze rozprawy zaczną się jutro o 9.00, muszę się tym zająć.

- Oczywiście. Pracujesz całymi dniami, a gdzie w tym wszystkim jestem ja? Ja też pracuję, ale jednak jestem w stanie znaleźć dla ciebie czas.

- Milena, słońce ty moje, wiesz, że ten tydzień jest dla mnie bardzo pracowity. Obiecuję, że gdy tylko uporam się z tymi ważnymi klientami, to gdzieś razem wyjedziemy i będę mieć dla ciebie mnóstwo czasu.

- Mam nadzieję, że to nastąpi wkrótce.

Wstaję i wychodzę. Jestem wściekła. Czy on nie rozumie, że potrzebuję go teraz a nie za miesiąc? Chciałabym porozmawiać z Zosią. Jednak nie mogę. Za trzy godziny mam umówione spotkanie z nią, Mariolą i ich mężami. Już zdecydowałam, że muszę tam iść, ale bez Mikołaja będzie mi jeszcze trudniej.

Na dziś nie mam już żadnych klientów. Wsiadam, więc do samochodu i wracam do domu, gdzie spędzam następne dwie godziny. Biorę prysznic, maluję się i przebieram. Mam na sobie swoją ulubioną miętową sukienkę. Wyglądam w niej całkiem ładnie, a srebrne kolczyki od Mikołaja i wysokie szare szpilki pięknie dopełniają całą stylizację.

Zosia mieszka zaledwie kilka bloków dalej, więc postanawiam się przespacerować. Wieczór jest ciepły i piękny. Po niespełna dziesięciu minut jestem na miejscu. Wchodzę po schodach na 3. piętro i pukam do drzwi numer 8. Otwiera mi Mariola. Wygląda oszałamiająco w szafirowej sukience podkreślającej jej kolor oczy. Długie blond włosy spięła w wymyślną fryzurę. Wyglądam od niej dużo gorzej. Wiem to.

- O, patrzcie, kto do nas dołączył. Mileno, kochanie, wchodź - mówi słodkim głosem i sprawia wrażenie, jakby mnie lubiła.

Idę do salonu, gdzie czeka na mnie Zosia, Franek i Maurycy, jej brat. Wszyscy z uśmiechem mnie witają. Zajmujemy miejsca przy stole i zaczynamy kosztować przygotowanych przez moją przyjaciółkę potraw. Mariola ciągle coś mówi. To o swoich sukcesach w pracy, a to o rodzicach, przyjaciołach i o wszystkim, o czym tylko się da.

- A gdzie Mikołaj? - pyta w końcu, choć zapewne dobrze zna odpowiedź, lecz chce mi tym dopiec.

- Pracuję - odpowiadam obojętnym tonem.

- Ach tak. Szkoda, że nie mógł przyjść. Pozdrów go od nas -mówi i szeroko się uśmiecha.

Spędzam tam jeszcze godzinę, lecz dłużej nie daję rady. Udaję, że źle się czuję i wracam do domu.

Po powrocie pierwsze, co robię, to wślizguję się do łóżka. Nie obchodzi mnie to, że powinnam coś zjeść, przygotować się do jutrzejszych rozpraw czy też chociażby się wykąpać. Przez chwilę tylko leżę, myśląc o tym, że jutro będzie nowy dzień. Kolejny dzień bycia kobietą.

Joanna Wachuła z Gimnazjum nr 25 we Wrocławiu



Przypomnijmy, że w konkursie literackim w ramach projektu Być kobietą zostali nagrodzeni:
1. miejsce - Jaśmina Szarejko z Gimnazjum Nr 29 we Wrocławiu i Anna Hołubowska z Gimnazjum Nr 25 we Wrocławiu
2. miejsce - Kornelia Kamieniarz z Gimnazjum Nr 29 we Wrocławiu
3. miejsce - Joanna Wachuła z Gimnazjum Nr 25 we Wrocławiu
Wyróżnienie - Paweł Grzymkowski z Gimnazjum Nr 29 we Wrocławiu

Więcej informacji na:

http://lo4.wroc.pl/konkurs-plastyczno-literacki-byc-kobieta-rozstrzygniety/

Praca Kornelii Kamieniarz Słaba płeć

Jordania,  12 lutego  2011 r.

- Morfiny! Dajcie więcej morfiny! - dobiega moich uszu, poprzez szum innych krzyków, błagań i próśb latających w powietrzu.  Rozglądam się. Nikt nie reaguje na wezwanie przełożonej.

- Proszę uciskać - zwracam się do pana i wręczam  mu ścierkę, którą jeszcze przed sekundą tamowałam krwawienie z jego  lewego przedramienia.

Wstaję i próbuje przecisnąć się obok łóżka, na którym leży kobieta. Łapie mnie za rękę.

- Niech mi pani pomoże, błagam! - krzyczy do mnie, wskazując na przesiąkniętą, bordową szmatkę owiniętą wokół nogi. 

Wyszarpuję się. Zaraz się tym zajmę, ale najpierw morfina. Staram się iść dalej. Co jakiś czas ktoś łapie mnie za rękę, nogę, błagając o pomoc. Staram się wyrywać. Nie pomaga. Biegnę. Dopadam drzwi i skręcam w prawo. Biorę cztery ampułki morfiny i wracam na salę. Omiatam ją wzrokiem i dopiero teraz uświadamiam sobie, ile ludzi się w niej znajduję. Karcę się w myślach. Nie mam czasu na rozmyślanie. Ponownie puszczam się biegiem, tym razem w stronę blondynki w niebieskim kitlu. Hamuję na poręczy łóżka, nad którym pochyla się doktor Adila. Na starym płótnie leży chłopak, na oko w moim wieku. Krzyczy, a łzy spływają mu, robiąc głębokie bruzdy na brudnych policzkach. Szukam przyczyny jego bólu. Znajduję. Ma szarpana ranę na brzuchu. Widzę jego koszulę, która stopiła się z wnętrznościami. Ktoś wyrywa mi morfinę i wręcza przełożonej. Odwracam się i odchodzę. Muszę na chwilę wyjść.

Idę przez główny korytarz. Pomimo niezwykłego ciepła robi mi się momentalnie zimno. Tym razem zatrzymuję się przy każdym, kto potrzebuje pomocy. Zmieniam opatrunek, przynoszę wodę, obmywam rany. Kiedy chcę się odwrócić do następnego rzędu, w głębi szpitala, na podłodze widzę śpiące niemowlę zawinięte w chustę.  Zostawiam na chwilę swoich pacjentów i podbiegam do niego.

- Gdzie jest matka? - krzyczę do tłumu ludzi. Brak reakcji. - Gdzie jest matka tego dziecka?- tym razem zwracam się do starszego mężczyzny pod ścianą.

- Zmarła, kilka minut temu ją wywieźli- odpowiada, wydłubując brud spod paznokci.

 Biorę dziecko na ręce. Puszczam się pędem w stronę Adili.

- Musimy mu pomóc, jego matka nie żyje - mówię przejęta, podstawiając bliżej niej noworodka.

- Nie teraz - ucina mi krótko i mija mnie, idąc do nowego rannego.

-Trzeba pomóc temu dziecku! - krzyczę za nią. Odwraca się. Podchodzi i odkrywa rąbek chusty. Czekam na opinię.

- Nadira - zwraca się do niskiej kobiety po prawej stronie, jednak patrzy w moją stronę. - To dziecko nie żyje. Proszę je zabrać - kończy i udaje się w obranym wcześniej kierunku. Rudowłosa wyjmuję mi zawiniątko z rąk i szybkim krokiem odchodzi.

Tkwię w miejscu, nie wiedząc, co zrobić dalej. Im więcej rannych, tym bardziej nie wiem, w co włożyć ręce. Potrzebuję chwili, żeby opanować narastające poczucie bezsilności. Nagle potykam się i  padam. Podnoszę się powoli i sprawdzam, czy nic mi się stało. Dopiero po chwili orientuję się, że leżę  w kałuży. Kałuży krwi. Z przerażeniem próbuję wstać, ale nie mogę. Moje buty ślizgają się na lepkiej powierzchni. Nagle czuję czyjąś rękę na moim ramieniu. Spoglądam w górę. To Salima.

- Wstawaj, nie mamy czasu na leżenie - mówi, podnosząc mnie z ziemi.

Przytakuję jej skinieniem głowy i patrzę, jak odchodzi na swoją stronę sali. Spoglądam na moje włosy umazane czyjąś krwią. Potem się tym zajmę.  Widzę, że przywożą nową grupę rannych. Izrael spuścił bombę na Al Hatidhat. Idę do drzwi frontowych. Do środka wchodzi chłopak, wyjący z bólu.

- Zróbcie coś, błagam! - zanim zdążę podejść i sprawdzić, co się stało, podbiega do niego inna sanitariuszka. Pokazuje jej kikut, z którego tryska krew. W sprawnej ręce trzyma resztę drugiej ręki, którą podaje  dziewczynie.

Mijam ich i wybiegam na zewnątrz. Skręcam za róg. Składam się wpół i wymiotuję. Upadam na kolana. Nie mam siły stać. Wolę umrzeć niż tu być. W głowie mi pulsuje. Przechodzą mnie dreszcze. Czuję, że tracę kontrolę nad sobą. Chcę stracić kontrolę, tak bardzo chcę zapomnieć, gdzie jestem, co robię. Zakrywam uszy i zaczynam krzyczeć. Wrzeszczę, nie patrząc na konsekwencje. W końcu opadam na ścianę. Jedyne, na co mam siłę, to spojrzeć w stronę dwóch arabskich żołnierzy idących boczną ulicą i komentujących pracę w szpitalu.

- Gdyby te kobiety, zamiast tu siedzieć i się obijać, zaczęły z nami walczyć, to mielibyśmy większe szanse- mówi jeden i bierze łyk z piersiówki.

- Co ty! Te damulki? Dnia by nie wytrzymały na froncie! Tylko by je trzeba było ratować z opresji! Za słabe są! - odpowiada drugi, wyrywając koledze trunek. Po czym obaj wybuchają śmiechem.

Wstaję, ocieram usta, strzepuję ziemię z kolan i wracam na salę.

***

Polska,  12 lutego 2011r.

- Ale dlaczego muszę to robić?- zapytał, gdy zawiązywałam mu krawat. - Nie musisz, tylko chcesz- odparłam, kończąc pętelkę.

- Ale ja nie chcę! - nadąsał się, gdy wręczyłam mu kwiatka. Spojrzałam na niego wymownie.

- Bądź mężczyzną - powiedziałam i pocałowałam go w czoło.

Nagle się wyprostował, wziął teczkę z podłogi i ruszył mężnym krokiem do szkoły. Patrzyłam z okna, jak idzie, dopóki nie zniknął za zakrętem Marszałkowskiej. Wróciłam do kuchni i spojrzałam na zegar. 7:30. A właściwie 7:25, bo spieszył, a jakoś nikt nigdy nie miał czasu go przestawić. Posprzątałam blat, schowałam plasterki sera ze śniadania do lodówki, pościerałam stół, wstawiłam pranie, pościeliłam łóżko i odkurzyłam całe mieszkanie. O 7:55 byłam gotowa do wyjścia. Jeszcze szybkie muśnięcie ust szminką i trochę tuszu na rzęsy. Wyszłam z domu trzy minuty przed ósmą, żeby się nie spóźnić na tramwaj.

O 8:15 byłam już w pracowni. Dostałyśmy z dziewczynami nowe zlecenie na spódnice z wysokim stanem od jakiejś dużej zagranicznej firmy. Krój, jaki dostałyśmy, był tak zagmatwany, że w ciągu siedmiu godzin uszyłam zaledwie pięć spódnic. Jako że koniec lutego zbliżał się nieubłaganie szefowa rozdała nam wypłaty i po 15.00 wypuściła nas z zakładu. Po pracy szybko skoczyłam do sklepu. Dzisiaj miałam w planach ugotować ryż z sosem. Zapłaciłam za zakupy  i pędem ruszyłam na przystanek. Spóźniłam się i przez 15 minut stałam na mrozie, który w tym roku pojawił się zadziwiająco szybko, bo niespełna tydzień przed świętami. Oglądając ludzi kroczących warszawskimi ulicami, zastanawiałam czy przez opóźnienie na pewno ze wszystkim zdążę.

Gdy wreszcie, zmarznięta i zziębnięta dotarłam do domu, zabrałam się za obiad. Włączyłam radio i  zajęłam się gotowaniem ryżu. Przyszykowałam wszystko i nakryłam do stołu. Ledwo zdążyłam położyć ostatni widelec,  do domu wszedł Franek. Opowiedział mi, jak było w szkole i zjedliśmy obiad. Potem pomogłam mu odrobić lekcje. Po jakiejś godzinie zorientowałam się, że   w łazience przecieka kran, więc poszłam na drugie piętro do pana Włodka pożyczyć narzędzia i naprawiłam usterkę. Nim się obejrzałam do domu wrócił Leszek. Podałam mu obiad i wróciłam do kuchni. Posprzątałam i usiadłam przy stoliku. Wzięłam się za skracanie sukienki pani Beaty z szóstego piętra, która poprosiła mnie o to już jakieś dwa dni temu.

- Lepiej się ubieraj, bo idziemy do Krusztowskich na kolację - oznajmił mi mój mąż, wchodząc do kuchni i odkładając talerz do zlewu. Spojrzałam na niego i zrobiłam zdziwioną minę.

 - Nie cieszysz się? - zapytał zaskoczony brakiem mojego entuzjazmu.

 - Nie, jestem po prostu zmęczona – odparłam, siląc  się na uśmiech.

 - A czym ty się niby zmęczyłaś? Przecież cały dzień siedziałaś albo w domu, albo w pracy - odrzekł, wychodząc z kuchni.

- Za 30 minut wychodzimy! - krzyknął już z pokoju obok. Odłożyłam sukienkę i z głębokim westchnieniem  poszłam zrobić makijaż. Z łazienki dobiegł mnie głos z radia: "Być kobietą, być kobietą - marzę ciągle, będąc dzieckiem, być kobietą, bo kobiety są występne i zdradzieckie...".

Kornelia Kamieniarz z Gimnazjum nr 29 we Wrocławiu

 



Ciąg dalszy pracy Anny Hołubowskiej Wszystko się ułoży

***

~~2~~

Wiedziała, że to choroba, ale co miała z tym zrobić? Była tylko szesnastolatką, szaleńczo zakochaną w jednym ze swoich przyjaciół, chorą na bulimię. Była normalna, chciała pójść na jak najlepsze studia, uwielbiała czekoladę, zawsze płakała na filmach, nie lubiła kawy ani zapachu proszku do prania. Czytała nałogowo książki, często ściągała je nielegalnie z internetu, lubiła chodzić w swetrach, spać do późna i spotykać się z przyjaciółkami, gadać o chłopakach, chodzić na zakupy i kupować buty. Gdyby ktoś się dowiedział o jej chorobie, nic by to nie zmieniło. Pamiętała, jaką umowę zawarła z koleżanką, która się odchudzała- gdyby któraś z nich przekroczyła granicę, mają sobie pomóc. Dlatego napisała SMS-a: "112 w parku". Wiedziała, że przyjdzie, w końcu to 112. Zobaczyła ją jak biegła przez park, rozglądając się niepewnie.

- Tutaj! - wstała z ławki i pomachała ręką. Zobaczyła, jak kieruje się w jej stronę.

- Boziu, boziu, boziu, co się stało? - spytała zaniepokojona.

Widziała strach i troskę w oczach swojej najlepszej przyjaciółki i wiedziała, że nie stanie się nic złego, jeśli jej powie.

- Pamiętasz dzień, w którym się poznałyśmy? - spytała, patrząc na starszą panię bawiącą się z psem. Mała czarna kulka biegała po patyk i zanosiła go do swojej pani, zmuszając ją do kolejnego rzutu radosnym szczekaniem.

- Jasne, że tak! Byłyśmy w pierwszej gimnazjum. Ja przyszłam do szkoły tydzień po rozpoczęciu, bo byliśmy na Karaibach. I do razu spotkałam ciebie, rzygającą w toalecie. Byłaś chora.

- Nadal jestem. Mam bulimię.

Ulżyło jej, gdy to powiedziała. W końcu, jak długo można okłamywać najlepszą przyjaciółkę?

- Och - wydawała się zaskoczona, ale nie zła. - I co my z tym zrobimy?

- Nie wiem - westchnęła i, po raz pierwszy, zaczęła się zastanawiać, jak może z tym skończyć.

- Najgorsze jest to, że po tym czuję się lepiej... Wiem, że to mi szkodzi, może mieć straszne skutki, ale nie potrafię się przemóc. Najgorzej jest, kiedy mam zły humor. Wtedy, mimo że mam ochotę zakopać się w kołdrę i spać cały dzień, idę do kuchni, jem tak dużo, ile tylko zmieszczę, a później idę do toalety...

Czasami robię tak dwa razy. Może to zabrzmi dziwnie, ale to mi... pomaga.

- Pokaż dłonie - rozkazała.

- Co?

- Pokaż dłonie. Gdzieś czytałam, że bulimiczkę można poznać po dłoniach, bo są zniszczone od kwasu.

Za to ją kochała. Była taka mądra, zapamiętywała takie ciekawostki i potrafiła je przytaczać przy każdej okazji. Posłusznie wyciągnęła dłonie, a jej przyjaciółka wydała cichy okrzyk. Dotknęła jej knykciów i wierzchu dłoni, na których faktycznie były blizny i zgrubienia.

- Wiesz, że zanim tego nie powiedziałaś, nie zwracałam na nie uwagi? I tak po każdym razie myję ręce...

- Mycie tutaj nic nie da. Kiedy wkładasz sobie dłoń do gardła, ranisz ją o zęby i w te ranki wchodzi później kwas żołądkowy, powodując właśnie takie blizny. Nie żebym ci nie wierzyła, czy coś... Okej, teraz moja kolej.

- Co?

- Ty powiedziałaś mi swój wielki sekret, to teraz moja kolej.

Spojrzała na jej zaskoczoną minę i roześmiała się (kolejna rzecz, którą w niej uwielbiała - niezależnie od okoliczności potrafiła się śmiać).

- Tak, ja też mogę mieć sekrety. Dobra... - wzięła dwa głębokie wdechy, jakby się przygotowywała. - Gdy miałam cztery latka, mój ówczesny ojczym... molestował mnie. Tak w każdym razie mówi moja mama.

- To znaczy? - próbowała nie dać po sobie poznać, jak bardzo to nią wstrząsnęło.

- Ja tego nie pamiętam! - popatrzyła w jej oczy, w których zobaczyła, chyba po raz pierwszy, ogromny smutek. - Moja terapeutka mówiła, że wyparłam te wspomnienia i że to nawet lepiej, że tego nie pamiętam. Ja chyba się z nią zgadzam. Ale, wiesz, to nie jest tak, że niczego nie pamiętam. - odwróciła głowę w stronę drzew, a słońce oświetliło jej twarz. Zamknęła oczy, a po jej policzkach stoczyły się łzy.

- Pamiętam emocje. Strach, ból. Wiesz, co pamiętam najlepiej? To, że chciałam przytulić Kotka - rozpłakała się na dobre i już po chwili płakały obie, przytulając się na ławce. - Pamiętasz Kotka, prawda? Zawsze go biorę, kiedy mam u ciebie nocować.

- Pamiętam - powiedziała, i przytuliła ją mocniej. - I co my teraz zrobimy?

- Chyba co ty zrobisz. Ja już chodziłam na terapię. Najpierw musisz powiedzieć mamie - wyciągnęła chusteczki i wydmuchała nos.- Chcesz jedną? I spójrz na mnie. Jesteś silna. Wiem, że zaburzenia psychiczne nie zależą od ciebie, ale wierzę, że możesz to zwalczyć. Jesteś silniejsza niż to. Następnym razem, gdy poczujesz chęć wypchania sobie żołądka do niebotycznych rozmiarów, masz do mnie zadzwonić, a ja do ciebie przyjadę i, jeśli będzie trzeba, zamknę się z tobą w pokoju. Przyrzekasz?

- Przyrzekam - ostatni raz się objęły i wstały z ławki.

- Ja teraz wrócę do domu i przytulę Kotka, a ty wrócisz i powiesz wszystko mamie, rozumiemy się?

- Ej, ty masz łatwiejsze zadanie!

- Bo ja już się o tym naopowiadałam niezliczoną ilość razy. Teraz twoja kolej - odeszła na kilka kroków, po czym odwróciła się i uśmiechnęła. - Wiesz, czuję się lepiej niż po rozmowie z terapeutką.

Mama czekała na nią w dużym pokoju. Razem z nią była kobieta, bardzo umięśniona i wysportowana. Uśmiechnęła się krzepiąco do mamy, niezdarnie ją objęła i poklepała po plecach, po czym wyszła z mieszkania.

- To była moja... terapeutka. I przyjaciółka. Pomogła mi, gdy tego potrzebowałam.

- Mamo, muszę ci coś powiedzieć.

- Ja tobie też kochanie. Mogę pierwsza? - mama zawsze taka była. Kochana, miła, uprzejma, ale też twarda i czasem bardzo agresywna. W szczególności, jeśli chodziło o pijanych mężczyzn, zaczepiających dziewczyny. - Nie wiem, czy później będę miała odwagę.

- Oczywiście - powiedziała i usiadła na kanapie obok mamy.- Mów, słucham.

- Wiesz, że nie lubię opowiadać o twoim ojcu ani mojej rodzinie. To, co się stało, było dla mnie strasznie trudne i ta kobieta, którą widziałaś, pomogła mi się pozbierać. Chodzi o to, że... Nigdy nie znałam twojego ojca. Widziałam go tylko trzy razy w życiu i, mam nadzieję, że to się nigdy nie powtórzy. Pierwszy raz zobaczyłam go w ciemnej uliczce, w którą wciągnął mnie razem z jakimś drugim typem. Zgwałcili mnie obaj - jeden czynnie, drugi biernie.

Zatrzęsła się.

- Drugi raz, gdy poszłam go pokazać mojej trenerce. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Po prostu chciałam, żeby cierpiał jeszcze bardziej niż ja. Czy to źle? Czy to źle, że nie potrafiłam mu wybaczyć? Dalej nie potrafię... - w jej oczach była złość.

- Nie wiem, co mu zrobiła. Nie pytałam ani o to nie prosiłam. Powiedziała mi tylko, że zrobiła coś, czego nikt nie zrobił dla niej. Płacił na ciebie, tylko to się liczyło.

W tym momencie zrozumiała i miała ochotę zwymiotować. Była owocem gwałtu.

- Trzeci raz, gdzieś na mieście, podbiegł do mnie i zaczął błagać, żebym oskarżyła go o gwałt, żeby poszedł do więzienia, bo ma wyrzuty sumienia. Ma wyrzuty sumienia, dobre sobie! - krzyknęła. - Nie zrobiłam tego. Jak bym mogła? Wolę żyć ze świadomością, że on czuje się winny, że pamięta, co mi zrobił, że zabija go to od środka. Tak mi powiedział. A jak miałabym oprzeć się pokusie sprawienia, że będzie cierpiał? - zaśmiała się, było to trochę przerażające.

Poczuła, że dłużej tego nie wytrzyma.

- Mamo, mam bulimię.

- Co?

- Mam bulimię. Obżeram się, a później wymiotuję.

- Ale dlaczego?

Czasem była jak dziecko, które nic nie rozumiało, nie wiedziało, dlaczego świat je krzywdzi. Podczas gdy on po prostu taki był.

- Nie wiem dlaczego! Wiem, że to źle i że powinnam przestać, ale nie wiem dlaczego! Może czuję się gorsza albo brzydka, albo po prostu jestem nieszczęśliwa! Może to ma podłoże genetyczne albo jakiś związek z tym, że jestem dzieckiem z gwałtu! Ale najgorsze jest to, że nie wiem, jak mam przestać! - zobaczyła strach i smutek w oczach mamy i łzy płynące po jej policzkach. Dziś dwie najbliższe jej osoby płakały, a ona poczuła się niewyobrażalnie zmęczona. Objęła ją.

- Damy sobie radę. Jesteśmy silne. Silniejsze, niż wszyscy myślą i ktokolwiek mógłby przypuszczać.

- Wiem. To ja powinnam coś takiego powiedzieć, nie ty - zaśmiała się mama, ocierając łzy z policzków.

- Jesteś już taka dorosła. Moja mała dziewczynka.

- Mamo, przestań!- zawołała wyrywając się delikatnie z jej uścisku. - Wiesz, że nie lubię, kiedy tak mówisz.

- Wiem, wiem. Po prostu nie mogę wyjść ze zdziwienia, że sama byłam w stanie wychować tak cudownego człowieka.

- Ej, już nie przesadzaj. Nie przypisuj sobie całej zasługi, po części wychowałam się sama - powiedziała i zaśmiały się obie. – Mamo - powiedziała już poważna. - Mogę zacząć chodzić z tobą na treningi?

- Skąd o nich... No tak, wybacz, że cię okłamywałam. I że w ciebie zwątpiłam. Gdybyś nie dopatrzyła się niczego podejrzanego w moim zachowaniu, dopiero powinnam się martwić.

- Hej!

- Możesz. Myślisz, że ci pomogą? - spytała delikatnie.

- Nie wiem. Na pewno nie zaszkodzą. Bardziej liczyłam na twoją "terapeutkę".

- Nie śmiej się z niej! Skończyła psychologię.

- Naprawdę?

- Nie wiem. Liczę na to.

Ich śmiech przerwał dźwięk pukania w drzwi. Mama wstała z kanapy, pocałowała ją w czoło i skierowała się w stronę przedpokoju. Usłyszała szczęk otwieranych drzwi i cichą rozmowę. Po chwili mama wróciła, z uśmiechem na twarzy.

- To do ciebie.

Za nią do pokoju weszła ostatnia osoba, której by się spodziewała. Znów, po raz trzeci tego dnia patrzyła w duże, karmelowe oczy, skupione tylko na niej.

- To ja idę spać - powiedziała mama, wciąż się uśmiechając. - Nie szalejcie tylko za bardzo.

- Mamo!

- I jeszcze jedna rzecz - patrzyli, jak rusza w stronę kuchni, wyjmuje z szafy przekąski, a następnie wrzuca je do worka na śmieci i bierze ze sobą do pokoju. - Zostawiłam wam ciasteczka. Resztę zabieram.

Przeszła obok nich, puszczając oko do córki i zniknęła w korytarzu. Po chwili usłyszeli dźwięk klucza przekręcanego w zamku.

- Możemy już rozmawiać?

- Tak, jeśli zamknęła drzwi, znaczy, że chce nam dać trochę prywatności, a to z kolei znaczy, że pewnie tańczy teraz z słuchawkami na uszach, żeby nas nie słyszeć.

Zaśmiał się cicho i usiadł obok niej na kanapie.

- Masz fajną mamę - powiedział, kładąc torbę, której wcześniej nie zauważyła, na stoliku.

- Tak, wiem, że jest fajna, ale chyba nie przyszedłeś tutaj po to, żeby rozmawiać o mojej mamie? Chociaż zapewniam cię, że jest to o wiele ciekawszy temat, niż się wydaje.

- Słyszałem twoją rozmowę w parku - powiedział, bawiąc się zamkiem od torby.

Poczuła, jak po jej ciele rozchodzi się lodowate zimno.

- Który jej fragment konkretnie? I jakim cudem? - Przecież go tam nie było.

- Ten o dłoniach. Wracałem akurat ze spotkania, gdy was zobaczyłem, i pomyślałem, że Was zaskoczę. Zakradłem się od tyłu, tak żebyście nie słyszały i... Jako twój przyjaciel czuję się w obowiązku cię wspierać - spojrzał na nią, jak zawstydzona wpatrywała się w podłogę. Chłonął jej widok, podziwiał każdy szczegół. Nie wiedział, jak to możliwe, że nawet w za dużej, szarej bluzie i potarganych włosach dla niego wyglądała jak księżniczka. Wiedział jednak, że tak było, i że szybko się to nie zmieni. Wiedział, że z każdym dniem, z każdą rozmową przywiązywał się do niej mocniej, coraz bardziej ją podziwiał, uwielbiał i kochał. Nie wiedział, czy ona zdawała sobie z tego sprawę (chyba nie), ale wiedział, że nie przestanie jej wspierać i będzie zawsze, kiedy ona będzie go potrzebowała. A teraz tak było.

- Hej - zawołał cicho, biorąc jej twarz w swoje dłonie i wycierając kciukami łzy. - Jesteś najpiękniejszą dziewczyną, jaką znam, i wiem, że to nie jest twój wybór, tylko choroba, ale proszę cię, jako osoba, której na tobie zależy. Nie rób sobie krzywdy, okej?

Pokiwała leciutko głową, a on przyciągnął ją do siebie, wciągając w nozdrza zapach jej włosów, i objął mocno.

- No, już, już.- pogładził jej policzek i uśmiechnął się szeroko, jakby wiedział, że to poprawi jej humor lepiej niż cokolwiek innego. - Mam tu kilka bajek, masz ochotę jeszcze trochę popłakać? Tym razem w moim towarzystwie? - zapytał, wyciągając laptopa z torby. - Pytanie retoryczne, nie musisz odpowiadać - puścił do niej oko.

- Co oglądamy najpierw?

- "Króla lwa" - zarządziła.

- Uuuu, widzę, że zaczynamy z grubej rury - zaśmiał się. - Ale tylko pod jednym warunkiem - nie powiesz nikomu, że płaczę, kiedy Mufasa umiera.

- Wszyscy wtedy płaczą. A każdy, kto mówi inaczej, jest kłamcą.

Gdy rozpoczęły się pierwsze dzwięki filmu, przytuliła się do niego. I tak, wsłuchana w bicie jego serca i zapatrzona w pustynny krajobraz sawanny, pomyślała, że wszystko się ułoży.

Anna Hołubowska z Gimnazjum nr 25 we Wrocławiu



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
Tagi
www.lo4.wroc.pl Tu podaj tekst alternatywny Tu podaj tekst alternatywny