zwycięski blog w projekcie Szkoła z poezją 2012
Blog > Komentarze do wpisu

Pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej - felieton

Kiedy byłam dzieckiem, po wciągającej lekturze nierzadko opanowywał mnie szał twórczy i z wielkim zapałem zabierałam się za pisanie własnych powieści. Podekscytowana rysowałam okładki i myślałam o tym, że kiedy tylko skończę, wszystkie wydawnictwa, porażone moim geniuszem, będą bić się o prawa do mojego dzieła. Entuzjazm podsycała wyraźna popularność kilku książek (o wątpliwych walorach literackich), autorstwa „wyjątkowo uzdolnionych dzieci”. Skoro takie rzeczy były wydawane i chwalone, to moja błyskotliwa twórczość z pewnością rozeszłaby się jak ciepłe bułeczki! Zwykle jednak determinacja ulatniała się po zapełnieniu kilku stron w Wordzie i w rezultacie nikt moich przełomowych prac nie zobaczył.

Chyba każdy, bez względu na wiek, takie nagłe napady weny twórczej miewał. Jednak wcześniej jej efekty zapisywane były tradycyjnie, na kartkach, które później lądowały w przysłowiowej szufladzie. Ewentualnie, jeśli genialny młodociany pisarz był na tyle śmiały, pokazywał swoje dzieło rodzinie, kolegom z klasy, lub (szczyt odwagi!) polonistce. I na tym, szczęśliwie, historia się kończyła. Kiedy jednak Internet stał się ogólnodostępny, ci najbardziej pewni siebie zaczęli publikować swoje prace w sieci na blogach, które szybko zaczęły wyrastać na przeróżnych stronach jak grzyby po deszczu. Prawdziwą kopalnią wątków literackich stała się popkultura. Tylko w jednym serwisie z blogowymi opowiadaniami jest zamieszczonych ponad 500 tys. historii z Harrym Potterem w roli głównej! Wśród nich można znaleźć takie perełki, jak: Harry mechanikiem samochodowym, upadłym aniołem, przywódcą gangu płatnych zabójców, a na fali popularności sagi „Zmierzch” – wampirem.

W teorii cała sytuacja może prezentować się ładnie: życzliwi internauci czytają takie dzieła, dobre pomysły pochwalą, a te gorsze konstruktywnie, acz delikatnie skrytykują, co pozwoli młodym artystom uczyć się na błędach i szlifować kunszt literacki. Co było do przewidzenia, w praniu wyszło, że tak pięknie być nie może. Jak pisze anonimowy użytkownik na jednym z blogów: „Internety to nie ludzie. To som wilcy!”*. Zamiast odniesień do treści, nieszczęsny autor napotka komentarz w rodzaju: „zamknij mordę a tak wogule twoje opowiadania są głupie”. Człowiek ma to do siebie, że ze skrajności często popada w skrajność. Tak też jest w tym wypadku. Jeśli głosy internautów nie są przepełnione nienawiścią, to bezkrytycznie wychwalają umieszczone w sieci teksty, przez co młody literat nie dostrzega swoich błędów i nie wyciąga z nich wniosków. Zwykle piejące z zachwytu głosy należą do młodych i niewyrobionych czytelników. Wszystko, co zamieszczono w sieci, uznają za wzorcowe i biorą takie blogi, często złej jakości, za idealne dzieło literackie. „Mózg rozwalonyyyyyy!!!!!!!!! to jest super ja chce next rozdział” – pisze czytelniczka opowiadania, w którym Harry Potter zostaje hiszpańskim (sic!) mafiozem… Bywają jednak użytkownicy, którzy częściowo dla zabawy, częściowo w celach merytorycznych biorą takie internetowe powieści pod lupę. Wyławiają najbardziej absurdalne blogi, by komentować je satyrycznie i metodycznie: fragment po fragmencie, cytat po cytacie. Tę nową formę literacką nazwano analizami internetowymi, a strony, na których są one publikowane - analizatorniami. Można przywołać tu komentarz do opowiadania, w którym autorka opisała postać: „Lubi zwiewne sukienki z tendencją do falbanek”, na co analizatorka dodała: „łypie podejrzliwie, czy sukienki w szafie nie przejawiają tendencji do picia śliwowicy i szlajania się po nocach”. Wiadomo, że taki rodzaj krytyki, połączony ze specyficznym poczuciem humoru, nie zawsze będzie ciepło przyjęty przez twórców. Kiedy ktoś udostępnia swoje prace, powinien liczyć się z tym, że spotkają się one z oceną. Niestety, bardzo często tak nie jest. Urażeni „pisarze” często urągają analizatorom, nawet grożą sądem! Na szczęście zdarzają się też tacy, którzy podziękują za dobre rady i zrozumieją swoje błędy. Tak było w przypadku autorek opowiadania, w którym członkowie pochodzącego z Niemiec zespołu Tokyo Hotel są... SS-manami. Blogerki szczęśliwie zrozumiały niestosowność swojego zamysłu dzięki analizatorni. Co ciekawe, więcej dystansu do swoich prac mają początkujący pisarze. Starsi i bardziej „uznani” już nie. Jest taka w pełni dorosła, całkiem popularna autorka, mająca na koncie także liczne wydania drukiem. Produkuje ona dzieła o wątpliwych wartościach literackich w ilościach hurtowych, nierzadko sześć tomów w ciągu roku! Wisława Szymborska zapewne byłaby pod wrażeniem! W ramach zemsty na analizatorach (jakżeż oryginalnie i subtelnie!) w jednej ze swoich powieści stworzyła postać grubej, brzydkiej krytyczki, której nie udało się wydać książki, więc gnębi młodą, genialną twórczynię, prawie doprowadzając ją do samobójstwa…

Patrząc na swoje stare opowiadania, widzę, jak wiele żenady oszczędziłam sobie, nie publikując ich. Przypuszczam, że wielu autorów piszących teraz na blogach też spojrzy na swoje prace za parę lat i pomyśli, że byli bardzo naiwni, udostępniając je. Rozwijanie warsztatu pisarskiego niekoniecznie oznacza objawianie całemu światu każdej zapisanej strony. Chociażby dlatego, żeby zaoszczędzić sobie ewentualnych przykrości i (w przyszłości) uniknąć wstydu, kiedy koleżanka odkryje opowiadanie o Harrym Potterze - syrence, które pisało się, mając jedenaście lat. Pod koniec wpisu na pewnym blogu autorka nakreśliła: „Pozdrawiam wszystkich komętujących i czytających. Pamiętajcie klawiatura nie gryzie”. Ciśnie się na usta: a szkoda!

Weronika Kiewisz I B

 

* wszystkie cytaty zgodne z oryginalną pisownią, a przytoczone przykłady autentyczne



czwartek, 29 czerwca 2017, spotkaniazpoezja-4
Tagi: felieton

Polecane wpisy

www.lo4.wroc.pl Tu podaj tekst alternatywny Tu podaj tekst alternatywny